Czego szukasz?


Kategorie


Inspiracje

Jan A. P. Kaczmarek, fot. Dawid Linkowski/ materiały promocyjne Muzeum Emigracji w Gdyni

Inspiracje

„Wolę rozmawiać muzyką niż słowem”. Wywiad z Janem A. P. Kaczmarkiem

28 kwietnia 2017

Na czym polega ten tajemniczy algorytm, który pozwala przełożyć emocje na język muzyki? Opowiada zdobywca Oscara, nasz człowiek w Hollywood – Jan A. P. Kaczmarek.

Jana A.P. Kaczmarka znamy chyba wszyscy. Napisał muzykę do wielu zagranicznych hitów: w sumie do ponad 60 filmów fabularnych i dokumentalnych, a także do spektakli teatralnych.  Wielokrotnie komponował dla Agnieszki Holland. Jego muzykę usłyszmy m.in. w „Niewiernej” Adriana Lyne’a, „Wieczorze” Lajosa Koltai czy też w „Dzieciach Ireny Sendlerowej” Johna Kenta Harrisona i  innych. Koronnym przykładem jego pracy są kompozycje do filmu „Marzyciel”, za które zdobył Oscara, a także nagrodę National Board of Review, nominacje do Golden Globes i nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej (BAFTA). Czy musiał walczyć o udział w tym filmie? Na czym polega ten tajemniczy algorytm, który pozwala przełożyć emocje na język muzyki? Jak to jest być „ciemnym” Polakiem? Czy marzył o emigracji? I w końcu – czym jest istniejący w jednym egzemplarzu niewkacz?

Z Janem A.P. Kaczmarkiem rozmawialiśmy przy okazji prapremiery „Emigry – Symfonii bez końca”  – utworu napisanego na zlecenie Muzeum Emigracji w Gdyni.

 

Czy słuchał Pan dzisiaj Louisa Armstronga „What A Wonderful World”?

Tak, to mój ulubiony utwór, dodaje mi skrzydeł. Jednak odkryłem, że nawet najlepsze potrawy jedzone codziennie, przestają działać tak, jak działały, więc dawkuję sobie tego Armstronga. Kiedy jestem w stanie, powiedzmy, podejrzanym, to go puszczam.

Jan A. P. Kaczmarek, fot. Dawid Linkowski/ materiały promocyjne Muzeum Emigracji w Gdyni

I świat jest piękniejszy…

Tak, na moment. Wszystko jest w emocjach – chwile, które mogą być postrzegane jako trudne czy zniechęcające, prowadzące w złym kierunku, mogą też być odbierane jako fantastyczna szansa na coś. Siła ducha przesądza o tym, czy się poddajemy, czy idziemy do przodu, czy budujemy coś, co ma sens.

Emigracja, której doświadczył Pan osobiście, wydaje się tego typu sytuacją.

Tak. Decyzję o wyjeździe podjąłem dosyć późno. Dostałem stypendium rządu amerykańskiego. Wyjechałem, nie wiedząc, że emigruję. Poleciałem na kilka tygodni, żeby spotkać ciekawych ludzi, zrobić krok do przodu w rozwoju osobistym. I okazało się, że to była zasadzka. Dostałem pierwszy film i to mnie wciągnęło. Pojawiła się chęć udowodnienia, że potrafię i zostałem.

Emigracja inteligenta to jest najpierw cofnięcie się, czy upadek w społecznej hierarchii. Emigrant zawsze najpierw traci – swoją pozycję, związki z ludźmi. Zwłaszcza taki ruch, jak wyjazd do Ameryki, sprawia, że trzeba udowodnić, że coś się umie robić naprawdę dobrze i to było fascynujące. Byłem ciągle młodym mężczyzną, miałem 36 lat. Odniosłem już sukcesy w Europie – mój ostatni koncert przed wyjazdem to był występ w Queen Elizabeth Hall w Londynie. Miałem takie poczucie, że jestem doceniany, a Orkiestra Ósmego Dnia – mój zespół – ma swoją publiczność. Nie marzyłem o emigracji. Polska była na skraju demokracji, bo to były dwa tygodnie przed Okrągłym Stołem, więc nie było ani presji, ani takiej sytuacji, że trzeba uciekać, bo jest strasznie. Wręcz przeciwnie. Ta emigracja wynikła trochę z moich ambicji, bo jak już wylądowałem w Hollywood, to mnie wciągnęło. A jak już się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”, dojechałem do „z”. I siedzimy i rozmawiamy. To była fenomenalna lekcja życia, szkoła charakteru i doświadczenie, które – ufam – wzmocniło mnie bardzo.

Czy Pańska emigracja dobiegła już końca?

Ta emigracja nadal trwa, ale jest już taka nowoczesna. Bez tej tragedii, że jak już się wylądowało gdzieś, to nie ma możliwości ruchu. Teraz wszyscy przeżywamy masowe ruchy emigracyjne z Bliskiego Wschodu, z Afryki. Ci ludzie rzeczywiście, jak już wyjadą, to wyjechali – przynajmniej nie widzę dla nich innej perspektywy. Ja jestem w tej luksusowej sytuacji, że mogę sobie tak krążyć po świecie, szukać inspiracji.

Prapremiera „Emigry”, fot. Damian Kramski/LIVE, źródło: Muzeum Emigracji w Gdyni

„Emigra” powstała w dużej mierze na bazie Pana osobistych emigracyjnych doświadczeń. Jak te emocje przełożyć na język muzyki?

To jest tajemniczy algorytm, nawet nie próbuję go rozwiązać. Siedzę z panią, rozmawiam i za chwilę wstanę i powstanie utwór, w którym będzie też ta rozmowa, chcę czy nie chcę. To jest ciekawe, że umysł produkuje tego typu metafory muzyczne. I nawet trudno zrekonstruować, dlaczego wybieramy taki styl, a nie inny, dlaczego taką instrumentację, a nie inną – to są decyzje w dużej mierze instynktowne. Potem się to racjonalizuje. Jak pani się mnie zapyta: dlaczego pan skomponował „Emigrę” na orkiestrę symfoniczną w takim, a nie innym składzie, dlaczego chór mieszany, dlaczego te bębny, 10 perkusistów siedzi w pierwszym rzędzie? To ja pani to zrekonstruuje, ale to wcale nie znaczy, że pani usłyszy prawdę. Pani usłyszy część prawdy, to, co ja zarejestrowałem świadomie. Natomiast jest ogromna sfera nieświadomych powodów, dla których podjąłem te decyzje. To jest algorytm, którego nie jesteśmy w stanie zdekodować tak do końca. To są te tajemnice, które sprawiają, że ten zawód, który uprawiam, jest dla mnie taki fascynujący.

Umożliwia wyjątkowy sposób komunikacji z odbiorcą.

Dla mnie muzyka jest właśnie pewną formą komunikacji i wolę rozmawiać z panią muzyką niż słowem. Słowo jest obciążone tyloma znaczeniami, potencjalnym kłamstwem, nawet jeśli tego nie chcemy. Kłamstwo i nieprawda to są dwie różne rzeczy. Nieprawda jest, kiedy nie mówimy prawdy, a kłamstwo – kiedy świadomie nie mówimy prawdy. Bo ja mogę wierzyć, że Słońce kręci się wokół Ziemi i panią o tym poinformować, i to jest nieprawda, ale to nie jest kłamstwo. Jednak jeżeli ja już wiem, że tak nie jest, to już jest kłamstwo. Tak jest też z muzyką, że gdzieś tam chcemy powiedzieć sobie jakąś prawdę i czasami to się udaje.

Na tę muzyczną „prawdę” składa się wiele elementów. W „Emigrze” odnajdujemy brutalną siłę rzeczywistości, ale też marzenie, nostalgię, wręcz beztroskę.

Trzeba mieć trochę beztroski w sobie i ją kultywować, Ameryka mnie tego nauczyła, bo ja byłem typowym „ciemnym” Polakiem. Ciemnym w sensie – czułem się doskonale w ciemnościach, w emocjach. Pamiętajmy, że cały polski teatr to były ciemności, to była tradycja postwojenna, czyli Szajna, wszystkie teatry alternatywne, Grotowski. Ciemne emocje, intensywne. Wchodziliśmy do najgłębszej głębi i karmiliśmy się tym jądrem ciemności, które w nas było.

W tym kontekście zaskakujący wydaje się wybór – jak pan sam mówi – „ciemnego Polaka” jako twórcy muzyki do oscarowego, radosnego „Marzyciela” Marca Forstera.

O „Marzyciela” musiałem walczyć, dlatego że i reżyser, i producent najpierw chcieli ze mną pracować, ale potem pojawiła się refleksja, że to jest może ryzykowne, bo ja przyjeżdżam ze świata ciemności, że ja napiszę muzykę, która prawdopodobnie będzie za ciężka, i się tego po prostu wystraszyli. Napisałem wtedy najbardziej pogodny utwór w moim życiu. Nagrałem go, wynająłem orkiestrę i chór i wysłałem do Hollywood. Przesunąłem granicę tak bardzo, że w tym filmie potem już nigdy nie dotarłem tak daleko, ale oni zobaczyli, że moje możliwości w tej pogodzie ducha są daleko większe, niż potrzebują. I wtedy zostałem zaangażowany. To było fenomenalne doświadczenie Polaka, który musi pokonać w sobie bardzo ważną barierę takiego wstydu mówienia językiem, który jest nieakceptowalny. Radość w muzyce, pogoda to był przywilej muzyki popularnej, ale w takim poważnym myśleniu muzycznym – od awangardy przez symfoniczną muzykę – nie było na to miejsca. Tam trzeba było mówić o poważnych dramatach i wtedy się dostawało miejsce na Powązkach.

okładka płyty Orkiestry Ósmego Dnia „Muzyka Na Koniec”/ Savitor

Polemika z tradycyjnym myśleniem o muzyce nie jest Panu obca. Przykładem może być niewkacz – instrument Pańskiego projektu, który istnieje w jednym egzemplarzu. Czy usłyszymy go jeszcze?

Niewkacz był takim spóźnionym instrumentem, bo grałem przez wiele, wiele lat na fidoli Fischera, czyli na rzadkim rodzaju cytry. Ta cytra zawsze musiała być elektryfikowana, żeby było ją słychać. Zamówiłem więc u poznańskich lutników – Stefana i Jakuba Niewczyków – instrument, który był powiększoną fidolą. Nazwa powstała z połączenia nazwisk Niewczyk i Kaczmarek – czyli niew-kacz. Miał on większe pudło, więcej strun – fidola miała 60, on – 99 (przez pomyłkę, bo miało być 100). I miałem na tym instrumencie grać z orkiestrą symfoniczną, ale jakoś los nie chciał dać niewkaczowi szansy. Zagrałem kilka koncertów solowych czy w małym składzie, ale nie zakochałem się w nim. I on leży, czeka na swój dzień, może się nie doczeka, może pójdzie do Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu. Był to ciekawy epizod. Może ktoś inny na nim zagra…

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Wioleta Wójcik

Wiola Wójcik
Author

Wiola Wójcik

<p>Matka-Polka-redaktorka.  Poszukiwaczka ciszy, a jednocześnie, gdy nastanie, ciszą zaniepokojona. Uwielbia i niezwykle docenia fakt, gdy jednocześnie mówi do niej tylko jedna osoba.</p> <p>Ruszyła w miasto, Miasto Kultury.</p>