Czego szukasz?


Kategorie


Książka

Źródło: Pixabay.com

Książka

W piekle eboli. Rozmowa z Tadeuszem Biedzkim

19 listopada 2015

Afrykanie nienawidzą białych: za kolonializm, niewolnictwo i nędzę. Jednocześnie z nadzieją pytają: „Czy to prawda, że wpuszczają wszystkich do Europy? Możemy przyjeżdżać?”


Obecny rok był dla Afrykanów szczególnie dramatyczny.  Szalejąca epidemia eboli pochłonęła tysiące ofiar. Chorzy umierali w strasznych męczarniach. Z drugiej strony pojawiła się nadzieja na ucieczkę do „lepszego świata” – tubylcy lawinowo przedzierają się do Europy w przekonaniu, że oto wszystkie granice zostały otwarte. Wielu zginęło, nie docierając nawet do przedsionka Starego Kontynentu. Tadeusz Biedzki, podróżnik i przedsiębiorca, autor m.in. książek „Zabawka Boga” i „Sen pod baobabem”, odwiedza Afrykę od ponad 20 lat. Jako jedyny, dobrowolnie przedarł się do ogarniętych ebolą krajów zachodniej części kontynentu. „Przypuszczałem, że Afryka będzie wtedy inna, bardziej żywiołowa, bardziej prawdziwa, że więcej zgłębię z jej natury. I rzeczywiście tak było” – relacjonuje autor znakomitego dokumentu „W piekle eboli”.

Z Tadeuszem Biedzkim miałam przyjemność rozmawiać 5 listopada, z okazji promocji książki w Gdańsku.

Promocja książki to ciężka praca. Dziś miał Pan kilkanaście spotkań z mediami.

Wie pani, po tych dwóch dniach mam dosyć, ale na szczęście rano wyjeżdżam na Sardynię, do znajomych. Trochę tak… pobalangować (śmiech). Nieco odpoczynku się przyda.

Za Panem praca nad książką. A najpierw był intensywny pobyt w Afryce. Bo nie można tego nazwać wycieczką.

To był początek tego roku, kiedy ebola wciąż zbierała obfite żniwo. Pobyt trwał około miesiąca. Pierwsze dwa tygodnie były łatwiejsze, byliśmy wówczas w krajach z pojedynczymi przypadkami: w Gwinei Bissau, Senegalu i Gambii. Aczkolwiek atmosfera była już bardzo… ebolowa. Dwa ostatnie tygodnie były jednak bardzo ciężkie, wtedy dotarliśmy tam, gdzie ebola zdominowała życie:  do Gwinei, Sierra Leone i Liberii. Dostaliśmy się do tych krajów nielegalnie, ponieważ nie można było wtedy otrzymać wizy. Do Gwinei i Sierra Leone przywieźli nas rybacy i zwyczajnie wysadzili na plaży.

Spotkanie z Tadeuszem Biedzkim, promocja książki "W piekle eboli", Empik Galeria Bałtycka, 5.11.2015 / fot. Joanna Adrian

Spotkanie z Tadeuszem Biedzkim, promocja książki „W piekle eboli”, Empik Galeria Bałtycka, 5.11.2015 / fot. Joanna Adrian

Pierwszy raz odwiedził Pan Afrykę ponad 20 lat temu.

Tak, zjeździłem ją wzdłuż i wszerz. Czasami poruszałem się jakimiś małymi busikami, czasami taksówkami, ciężarówkami. Myślę, że dość dobrze znam ten kontynent. I to nie taki, jaki obserwują politycy – na spotkaniach w 5-gwiazdkowym, klimatyzowanym hotelu, przejeżdżając przez miasto jedyną asfaltową drogą, klimatyzowanym mercedesem. Tylko „od spodu”, tam, gdzie żyją ludzie.

Pamięta Pan tę pierwszą podróż?

Pamiętam wszystkie. Podczas pierwszej z grupą przyjaciół zjeździliśmy całą Etiopię, potem byliśmy w Sudanie i w kilku krajach wschodniej Afryki. Później była Kenia. Świadomie wybrałem się teraz do Afryki Zachodniej, gdy panowała epidemia eboli, bo chciałem zobaczyć ją w takim dramatycznym momencie. Przypuszczałem, że będzie wtedy inna, bardziej żywiołowa, bardziej prawdziwa, że więcej zgłębię z jej natury. I rzeczywiście tak było.

Czym jest ebola? Nie proszę o definicję książkową. Niech opowie Pan o eboli takiej, jaką Pan widział.

Jest to ciężka zakaźna choroba, która w największym uproszczeniu prowadzi do wypłukania z organizmu witaminy C do zera. A to oznacza, że wszystkie naczynia krwionośne pękają. Następują krwotoki wewnętrzne oraz zewnętrzne. Człowiek umierający na ebolę kona w kałużach krwi. Krew się leje z oczu, z nosa, z uszu, ze wszystkich otworów ciała, a równocześnie pękają mięśnie, pęka skóra, wszędzie jest krew. Widziałem to parokrotnie. Byłem w dwóch szpitalach, ale tam nie wpuszczono mnie do pomieszczeń, gdzie umierali zarażeni ebolą. Oczywiście rozmawiałem o tej chorobie z lekarzami, z sanitariuszami, ze zwykłymi ludźmi, z mieszkańcami wsi, których dotknęła ebola. Mam obraz tej choroby.

I ledwie w parę miesięcy napisał Pan o tym książkę.

To nie jest książka wyłącznie o eboli. To książka przede wszystkim o Afryce. O Afryce, którą zobaczyłem wyraźniej właśnie dzięki tej zarazie. I co mnie zaskoczyło – kiedy napisałem książkę okazało się, że o tej epidemii napisałem jako pierwszy w świecie. Jej pierwotny tytuł brzmiał „Afryka w czasach zarazy”, jakby w nawiązaniu do książki „Miłość w czasach zarazy”. Jak dzisiaj na to patrzę to widzę, że nigdy w Afryce nie było tak niewielu białych ludzi. Zwykle w samolotach lecących do Afryki było pół na pół – polowa pasażerów białych, połowa czarnych.

Ebola zrujnowała turystykę.

Totalnie odstraszyła. A to spowodowało także bardzo poważne konsekwencje gospodarcze. I społeczne.

No dobrze, chciał Pan doświadczyć Afryki w momencie takiego rozgorączkowania, ale przecież ci ludzie są – w przeciwieństwie do nas – oswojeni ze śmiercią, z głodem, mają to na co dzień. My biegamy ze skaleczonym palcem do w-piekle-eboli-tadeusz-biedzki-wyd-bernardinumlekarza, a oni nie mają co jeść.

Oczywiście, ludzie w Afryce umierają często. W każdej rodzinie umierają dzieci, to jest zjawisko normalne. Wartość życia ludzkiego jest dużo niższa niż w Europie. Natomiast ebola wiązała się z umieraniem masowym, co było nowością, nawet dla Afrykanów. Po drugie, umierali oni w sposób okrutny, przerażający. Już parokrotnie uczestniczyłem w różnych uroczystościach nabożeństwach animistów, w krwawych ofiarach, tym razem uczestniczyłem w szczególnej ofierze, w czasie której zabito baranka i wypijano jego krew. Kapłan przekonywał mnie, że koniecznie muszę się napić tej krwi, że dzięki temu ebola na pewno mnie nie dotknie. Ponieważ moja żona nie mogła uczestniczyć w tej ofierze (kobiety nie były dopuszczane), nakłaniał mnie: „Zamocz rękę, niech Twoja żona chociaż poliże tą krew”.

Nie są świadomi, czym naprawdę jest ebola?

Ci ludzie nie mają przeświadczenia, że ebola jest chorobą, lecz przekleństwem bogów. Sądzą, że jest wymodloną przez wrogów karą dla innych ludzi. Kiedyś rozmawiałem z człowiekiem, który mówił: „Nie bój się tej choroby. Ona jest groźna tylko dla tych, którzy wypowiedzą jej imię. Jak nie wypowiesz jej imienia, to nigdy nie będziesz chory. Ja nigdy nie mówiłem i widzisz: jestem zdrowy!” Innym razem byłem w wiosce, gdzie częstowali mnie mięsem nietoperza i z małpy, mówiłem grzecznie: „Dziękuję, wiecie, ja nie jadam takiego mięsa. Przecież tym mięsem możecie się zarazić…” Jeden z mężczyzn roześmiał się: „Taddy, jak możesz się zarazić?! Jak możesz się zarazić?! Gdyby to było zaraźliwie, to te zwierzęta by zdechły, to byśmy ich nie jedli!” To jest oczywiście efekt braku wiedzy o tym, że zwierzę jest nośnikiem choroby. Jak widać, postawy wobec eboli były bardzo różne.

Jak w obliczu tej tragedii wyglądają relacje międzyludzkie? Więzy rodzinne? Ludzie wyrzucali swoich bliskich chorych z domów, z wiosek?

Reakcje były różne. Jedną z rodzin, w której były chore dzieci, zamurowano żywcem. Przede wszystkim jednak nie wierzono w lekarzy, zwłaszcza białych. Niektórzy uważali, że lekarze specjalnie rozprowadzili ebolę, żeby zabierać ciała zmarłych, a potem je zjadać, a przez to nabierać siły i odporności. Atakowano lekarzy i sanitariuszy zabierających ciała, gdyż pogrzeb dla Afrykanów jest czymś świętym.

Czyli pewne stereotypy o białych nasiliły się.

Tak, zresztą ten stosunek do białego człowieka jest bardzo dziwny. Generalnie Afrykanie gdzieś tam głęboko w sercu nienawidzą białych, to jest taka nienawiść ogólna: za kolonializm, niewolnictwo, za obecną nędzę – chociaż od 60 lat mają własne państwa. Ale nie potrafią pracować. Afrykanie najpiękniej w świecie marzą, ale najgorzej w świecie pracują. Jednocześnie kiedy przyjeżdża biały człowiek, strasznie łatwo zyskuje ich zaufanie. Po 5 minutach jest się „friend”, po 10 – „good friend”, a po 2 godzinach – jak rodzina (śmiech). Oni są bardzo sympatyczni, otwarci, są gotowi podzielić się z przyjezdnym ostatnią rzeczą, jaką mają. Oczekują jednak tego samego. Jeśli mam w kieszeni 1000 dolarów, to nie są one tylko moje. Kiedy przyjechałem do jednej z wiosek to naczelnik wsi powiedział: „Zostawiam ci cały swój dom”. Po czym wyprowadził całą rodzinę, wrócił do mnie i powiedział: „Zostawiam ci na noc moją żonę”.

A Pan na to…

…a ja nie mogłem powiedzieć mu „Coś ty, absolutnie!” On oddawał mi wszystko, co miał najcenniejszego. Gdybym mu powiedział „Ja nie chcę twojej żony”, to by się na mnie obraził! Więc musiałem oględnie, dookoła tłumaczyć, że nie, że dziękuję… Tłumaczyłem, że mamy inne tradycje, bardzo trudno było mu to zrozumieć.

Ale zrozumiał?

Nie zrozumiał. Raczej zaakceptował.

Wspominał Pan, że rozdawał tubylcom prezenty. Na przykład latarkę.

Spotkanie  z Tadeuszem Biedzkim, promocja książki "W piekle eboli", Empik Galeria Bałtycka, 5

Spotkanie z Tadeuszem Biedzkim, promocja książki „W piekle eboli”, Empik Galeria Bałtycka, 5

Rozdawałem różne rzeczy. Wie pani, jak czyta się stare książki o Afryce, to tam Afrykanów obdarowywało się jakimiś świecidełkami, fistaszkami… I to się nie zmieniło. Tylko gadżety się zmieniły. Naczelnik jednej z wysp, który dostał ode mnie scyzoryk, był wniebowzięty. To strasznie ich otwiera. Mówią wtedy: „O! Przyjechał dobry, biały człowiek! Musimy być jego przyjaciółmi!” I to pozwala mi lepiej ich zgłębić, poznać. Oni szybciutko otwierają się wobec mnie, czego być może by nie zrobili. To zresztą, proszę mi wierzyć, jest bardzo uciążliwe, ale pozwala zdobyć ich zaufanie. To, czego nie dowidziałbym się w ciągu tygodnia, dowiaduję się czasami w ciągu dwóch godzin.

Czy przypadkiem nie dlatego Afrykanie całą falą zmierzają do Europy? Turyści karmią ich cukierkami i pokazują aparaty cyfrowe… oni też chcą takiego życia. Na co dzień.

Jak od 25 lat jeżdżę do Afryki, to jeszcze nie spotkałem tubylca, który po pięciu minutach nie prosiłby: zabierz mnie do Europy. To jest prośba, żądanie nawet. Podstawowe oczekiwanie. Tak jest od czasu, gdy w Afryce pojawił się prąd elektryczny. A wraz z nim telewizory. I oni zobaczyli inny świat i zrozumieli, że żyją w jakimś strasznym świecie. Oglądali amerykańskie filmy, takie najbardziej prymitywne, widzieli tam również ludzi czarnych – tych którzy wsiadali do eleganckich samochodów, bywali w eleganckich sklepach, restauracjach… to im się po prostu w głowach nie mieściło. W Afryce żyje dziś miliard ludzi. Myślę, że 990 milionów chciałoby od razu przyjechać do Europy.

I przedzierają się.

Do Afryki z dużym opóźnieniem doszły nieprzemyślane słowa Merkel, która otwarła „bramy niebios” dla wszystkich emigrantów. Prawie codziennie mam telefon od moich znajomych afrykańskich, którzy pytają: „Taddy, czy teraz już można do was przyjeżdżać, bez paszportów, bez niczego, wpuszczają wszystkich do Europy, to prawda? Możemy przyjeżdżać?”

Co Pan im odpowiada?

Mówię im prawdę, że nie mogą przyjeżdżać. Po pierwsze, nie poradzą sobie w Europie, trafią na europejski śmietnik, tylko nielicznym się uda. Po drugie mówię, że to nieprawda, że Europa wpuszcza. To była prawda dwumiesięczna, a kiedy Niemcy się zbuntowali, to Merkel zmieniła swoje niemądre stanowisko. Nie mogę zrozumieć, że polityk, który stoi na czele najlepiej zorganizowanego państwa w Europie, mówi takie głupstwa. Jestem przeciwnikiem wszelkiej poprawności politycznej. Wszelkiej. Ta poprawność zakłamuje nasz świat, bo o czymś, co jest czarne, mówi: nie, to jest białe! To dlatego mówię moim afrykańskim przyjaciołom: Jeśli chcesz żyć tak, jak ludzie na filmach, to będziesz musiał pracować tak jak Europejczyk. Ty tak nie potrafisz. To nie jest Twoja wina, ale nie potrafisz.

O swojej książce mówił Pan, że pokazuje prawdziwe obliczu Afryki. Czytałam książkę znanej podróżniczki, która wybrała się do Afryki i opisywała rzeczywistość z perspektywy obozu wycieczkowego. Stacjonowali tam Europejczycy, była bieżąca woda, dobre jedzenie. Nie byłam w Afryce, ale poczułam się oszukana. To chyba nie jest jej prawdziwy obraz.

Proszę się wybrać. To nie jest niebezpieczny kontynent. I nie ma drugiego tak niezwykłego miejsca, jak Afryka.

Może kiedyś się zdecyduję. Ale wracając do tematu, czy Pan też uważa, że takie źródła fałszują nasz obraz o Czarnym Lądzie?

Nie mam w zwyczaju oceniania innych autorów źle. Są podróżnicy-celebryci i są podróżnicy. Ja wolę słuchać i czytać tych, którzy są podróżnikami.

A więc czyta Pan książki o Afryce?

Oczywiście, czytam książki, od czasu do czasu trafiam na takie prawdziwe, ale w wielu dostrzegam fałsz. Jak ktoś mówi, że jest tak super, że jest tak pięknie, że są fantastyczne safari, to ja sobie myślę tak: jesteś bardzo piękną osobą, bardzo znaną aktorką, pojechałaś do Afryki klimatyzowanym autobusem, mieszkałaś w klimatyzowanych hotelach, oglądałaś zza szybki ulice i napisałaś o pięknej Afryce. Czyli napisałaś kompletną nieprawdę, nie zdając sobie z tego sprawy. Być może taka osoba nigdy nie weszła na targ, być może nie widziała, jak żyją ludzie, co jedzą i – jak rzadko jedzą. Nie wpadła w gówno do pół łydki. A ja wpadłem.

Który ze stereotypów o Afryce jest najbardziej krzywdzący?

Mamy wiele stereotypów. Na przykład, że Afrykanie są leniwi. Ale oni nie zdają sobie sprawy, że praca kreuje wartość. W Afryce można przecież przeżyć bez pieniędzy. A drugi stereotyp, że Afryka jest piękna. Oczywiście, że jest jeszcze piękna, ale jest też coraz brzydsza. Zasypana śmieciami. Wszedłem kiedyś do pięknej wioski zasypanej plastikiem. To tylko niektóre stereotypy. My naprawdę niewiele wiemy o Afryce. Nas ten świat nie interesuje, bo kult pieniądza zdominował świat, a w Afryce pieniędzy nie za wiele.

Dziękuję za rozmowę.

 

w-piekle-eboli-tadeusz-biedzki-wyd-bernardinum

Tytuł: W piekle eboli
Autor: Tadeusz Biedzki
Wydawnictwo: Bernardinum
Premiera: 21.10.2015
Ilość stron: 344