Czego szukasz?


Kategorie


Książka

Sasza Hady

Książka

W Nasty Oranges aż gęsto od intryg

7 grudnia 2015

Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu z pisarką, a w niej między innymi o niepokornych bohaterach i scenach, które same układają się w głowie.

„W Nasty Oranges jest aż gęsto od intryg”, mówi Sasza Hady, autorka powieści „Na końcu wchodzą ninja”.

 

Magdalena Knedler: Kiedyś mówiłaś, że bardzo lubisz pisać kryminały. A tutaj, choć trzymasz tempo i wiele się dzieje, nie prowadzisz akcji jak w klasycznym kryminale. Nie kusiło Cię, by zrobić w Nasty Oranges jatkę? No wiesz – trup na biurku, sekretarka, która go znajduje i ma nerwicę, tajemniczy detektyw i błądząca jak dzieci we mgle policja? Trochę jak w „Trupie z Nottingham”, którego akcja dzieje się głównie w wydawnictwie?

Sasza Hady: Dalej lubię pisać (i czytać) kryminały, ale chciałam spróbować czegoś nowego i trochę odpocząć od klasycznego śledztwa, policji itd. Kryminał to jednak bardzo „sztywny” gatunek – pozwala na wiele, jednak ostatecznie na końcu musi się okazać, kto zabił. A u mnie na końcu wchodzą ninja (śmiech).

Sasza Hady

Sasza Hady

M.K.: Właśnie wiem, że to sztywny gatunek (śmiech). A skąd pomysł na intrygę? Zainspirowało Cię coś szczególnego? Jakieś konkretne wydarzenie? Czy wykreowałaś bohaterów, a oni przejęli kontrolę?

S.H.: Cóż, w Nasty Oranges jest aż gęsto od intryg, a pomysły na nie pojawiały się stopniowo, w miarę powstawania książki. W pewnym momencie naprawdę miałam wrażenie, że nie bardzo nad tym wszystkim panuję. Parę rzeczy też mnie zaskoczyło, bo planowałam coś zupełnie innego i nie spodziewałam się, że dany bohater może się zachować w taki sposób – na przykład trudno było mi się pogodzić z dość szokującym wybrykiem Wojtka Mazurka, ale kiedy zobaczyłam w głowie tę scenę, wiedziałam, że tak musi być.

M.K.: To najlepsza scena w całej powieści. Rzekłam. A tak serio – do tego właśnie chciałam nawiązać. Twoi bohaterowie w „Ninja” są nieco inni niż w „Morderstwie na mokradłach” i „Trupie z Nottingham”. Wiem, zabrzmiało „odkrywczo”. Ale chodzi mi głównie o to, że w poprzednich Twoich powieściach Nick i Rupert są jakby… grzeczniejsi. Tutaj mamy i przekleństwa, i wódkę, i… (szok&niedowierzanie)… seks! Saszo…!

S.H.: Haha, na jednym ze spotkań autorskich, kiedy opowiadałam właśnie o tej różnicy między kryminałami o Bendelinie a powstającą, nową książką, próbowałam to jakoś elokwentnie ująć, ale jako że kiepski ze mnie mówca, po spotkaniu mój przyjaciel ze studia zauważył zgryźliwie: „Wiesz, powiedziałaś coś w rodzaju: A potem zaczęłam pracować nad Wiedźminem i odkryłam seks!”. Rzeczywiście, „Na końcu wchodzą ninja” to książka z pazurem, bardziej śmiała niż powieści o Bendelinie, w których czuć przejawy charakterystycznego dla klasycznych angielskich kryminałów obyczajowego tabu. Mimo wszystko moje książki mają wiele cech wspólnych – to samo poczucie humoru, ironię i ciepło, z jakimi piszę o moich bohaterach. Bo chociaż często wyrywają się spod kontroli, samowolnie zmieniają swoje historie i zaskakują mnie (czasem nieprzyjemnie), to jednak ich lubię.

M.K.: Trudno ich nie lubić – są do bólu prawdziwi. Myślisz, że „Ninja” zainteresują Twoich poprzednich czytelników, czy raczej celujesz w nowe grono odbiorców? Tematyka jest jednak specyficzna (już pomińmy, że odkryłaś seks ).

S.H.: Książki o Nicku i Rupercie były pisane dla wszystkich, bo grono miłośników kryminałów jest bardzo szerokie, natomiast tematyka „Na końcu wchodzą ninja” pewnie nie dla każdego okaże się interesująca. To powieść adresowana przede wszystkim do graczy i tych, którzy interesują się branżą tworzenia gier, a także do osób, które chciałyby się czegoś o tym dowiedzieć. Myślę, że również komuś, kto nie miał dotąd nic wspólnego z grami i nieszczególnie się nimi interesuje, lektura tej powieści może dać dużo satysfakcji ze względu na bogatą warstwę komediowo-obyczajową. Jednak jeśli ktoś nie chce mieć z grami nic wspólnego, termin RPG wywołuje u niego wysypkę i drgawki, a popkulturze mówi stanowcze „nie”, to raczej nie zagustuje w mojej książce.

???????????????????????????????M.K.: Nie znam się na grach, nie interesuję się branżą, niespecjalnie chcę się czegoś o niej dowiedzieć, a Twoją powieść połknęłam. Jak tylko załapałam wreszcie, co to „crunch” i inne takie (śmiech). Ale nie ma z tym większego problemu. Stąd też moje pytanie – byłam ciekawa, jak Ty sama byś tę powieść targetowała. No dobrze, a co dalej? Zamierzasz wziąć się za trzecią część przygód Nicka i Ruperta czy zaczniesz coś całkiem nowego? Na upartego „Ninja” też dałoby się rozwinąć w drugą część…

S.H.: Mam nadzieję, że uda mi się skończyć trzecią część cyklu o Nicku i Rupercie, zanim ktoś mi jakąś krzywdę zrobi (śmiech). Co będzie potem – jeszcze nie wiem, ale przyznaję, że spodobało mi się pisanie powieści obyczajowych i ogromna swoboda twórcza, która się z tym wiąże.

M.K.: A masz już jakieś pomysły? Zdradzisz coś?

S.H.: Pomysłów mam bardzo dużo i kilka niedokończonych, obiecujących książek również… ale aż boję się o nich myśleć, bo może znowu będzie tak jak z „Ninja” – „ja tu tylko szybko to napiszę, bo to przecież krótkie, i już wracam do Bendelina”… Od dawna bardzo mnie korci, żeby napisać powieść fantasy, mam kilka gotowych rozdziałów kryminału, którego akcja toczy się w Gruzji… i w zasadzie wiem, jak mogłyby się potoczyć dalsze losy bohaterów „Na końcu wchodzą ninja”. Ale tym razem serio – najpierw Bendelin (śmiech).

M.K.: W takim razie czekamy z niecierpliwością. Na Bendelina, ninja, fantasy i Gruzję też. A co z „Wiedźminem”…?

S.H.: Na „Wiedźmina”, a konkretnie dodatek „Krew i wino”, przy którym pracowałam, też można czekać.

M.K.: W porządku – ta odpowiedź z pewnością wielu usatysfakcjonuje (śmiech). W takim razie życzę Ci weny i czasu na pisanie. I mam nadzieję, że rozmowę o kolejnej Twojej książce odbędziemy szybciej niż za dwa lata…

S.H.: Dziękuję. I wcale mi teraz nie grozisz, prawda?

M.K.: Gdzieżbym śmiała… … …

 

<p>https://www.facebook.com/magdalenaknedler?ref=hl</p>