Czego szukasz?


Kategorie


Książka

Magdalena Knedler "Winda" - fragment okładki / Wydawnictwo Janka

Książka

Układanie kostki Rubika z Magdaleną Knedler (cz. II) [wywiad]

10 lutego 2016

„Na początek dobrze by było, aby każdy z nas zajął się swoim własnym życiem, zanim zechce »naprawiać« innych”. Autorka powieści „Winda” o różnicach, konfliktach i kompromisach.

 

Janina Koźbiel: Pani jest wrocławianką? Jest coś takiego w atmosferze, klimacie miasta, co skłoniło Panią do umieszczenia akcji „Windy” właśnie tu?

Magdalena Knedler: Jestem wrocławianką z urodzenia, nigdzie nie zamieszkałam na dłużej. Siłą rzeczy więc to miasto wrosło we mnie i stało się twórczą inspiracją. Ale jeśli mam być szczera, trudno mi się o Wrocławiu pisało. Wielu pisarzy pochodzi z tego miasta i wielu też tutaj właśnie lokuje akcję swoich utworów. Współcześnie czy też w przeszłości – w czasach, kiedy Wrocław był jeszcze niemieckim Breslau. No ale o Warszawie i Krakowie też jest trochę literatury, więc nie można się dać zwariować. Ja bardzo lubię podróżować i odwiedzać nowe miejsca, ale do tego utworu – do „Windy” – bardzo mi ten Wrocław pasował jako punkt wyjścia. Bo przecież akcja nie toczy się tylko tutaj. W retrospekcjach przenosimy się do Japonii, Kanady, Rosji, Anglii, Gdańska, na Hel, na Zanzibar, do Lwowa i Warszawy. Więc ten Wrocław to taki obszar, z którego się wychodzi i do którego się wraca. Tak jak do tytułowej windy. Trzeba do niej wsiąść, by się przemieścić w górę lub w dół, a później z niej wysiąść.

Mógłby być axis mundi? Tak jak świat „Windy” metaforą świata?

Tak, dla bohaterów „Windy” (i dla mnie chyba też) Wrocław to axis mundi. Choć przecież niektórzy próbują żyć poza tym środkiem świata, próbują uciec, szukać szczęścia i spełnienia gdzie indziej. A inni wcale sobie tego miejsca nie wybierają, po prostu są do niego przypisani z urodzenia – tak jak ja.

Dla mnie Pani powieść to swego rodzaju literacki eksperyment socjologiczny, rodzaj szkicu utopii, w której ludzie mogliby być szczęśliwi. Wierzy Pani, że możliwy jest świat bez konfliktów, jeśli zgodzimy się na jego wielokulturowość?

Z początku „Winda” nie miała być szkicem utopii, ale później rzeczywiście coś takiego zaczęło mi wychodzić. I ja się temu nie opierałam. Przecież oczywiste jest, że nie można mojej książki traktować całkiem serio, jako próby rzetelnego odwzorowania świata, tak jak to robili realiści dziewiętnastego wieku. Wyobraża sobie Pani, że w prawdziwym bloku mieszkają te wszystkie indywidua? Nie, to jest raczej przekrój i trzeba „Windę” traktować umownie. Natomiast nie chciałabym za bardzo rozwodzić się nad interpretacją, żeby jej nie narzucać czytelnikom. Lubię, kiedy odbiorca ma własną interpretację i wizję – chyba o to chodzi w czytaniu. Tak naprawdę jest tyle wersji jednej książki, ilu jest jej czytelników.

Ale Pani jako pisarka ma jakąś potrzebę opowiedzenia swojej wersji świata, coś Pani chce wyrzucić z siebie, o czymś czytelnika przekonać, nieprawdaż? I nawet jeśli Pani nie ma takiej intencji, czytelnik ją Pani dopisze…

Tak, to jest właśnie ogromna siła literatury. Szczerze mówiąc, nie czuję silnej potrzeby tłumaczenia się ze swojej autorskiej intencji i lubię dyskutować o interpretacjach czytelników. Ciekawe jest, że niekiedy interpretacja mocno przerasta to, co sam autor sobie założył.

Magdalena Knedler / fot. Wojciech Skibicki. Materiały promocyjne Wydawnictwa JanKa

Magdalena Knedler / fot. Wojciech Skibicki. Materiały promocyjne Wydawnictwa JanKa

Bywa. Ale na utopię, która zaczęła wysuwać się spontanicznie, Pani się zgodziła?

Przede wszystkim zależało mi na tym, by pokazać różne wizje szczęścia i różne sposoby realizowania marzeń o szczęściu. Albo też ich nierealizowania. Przecież niektórzy bohaterowie „Windy” dochodzą do momentu przełomowego w swoim życiu, przekraczają granicę, za którą nigdy już nic nie będzie takie samo. Ale nie wszystkim się to udaje. I dlatego moja książka nie ma jednoznacznego przesłania – nie jest powieścią z tezą, którą można byłoby prosto sformułować. Tak samo jak przecież nie można jednoznacznie określić, który z bohaterów ma „rację” lub żyje „najlepiej”. Bo czegoś takiego po prostu nie ma. Ja przede wszystkim chciałam podkreślić wartość różnorodności i to, że nie zawsze musi się ona stać przyczyną konfliktów. W „Windzie” niektórzy bohaterowie akceptują swoją inność, a niektórzy nigdy nie potrafią się z nią pogodzić. Starają się wpasować w jakiś odgórnie narzucony schemat. A czy w tej „utopii” ludzie mogą być szczęśliwi? Jeśli są na siebie otwarci, to raczej tak. Ja wychodzę z założenia, że jeśli dwoje ludzi chce się ze sobą dogadać, to im się to uda. Ale jeśli przynajmniej jedna ze stron nastawia się na konflikt – robi się problem.

Wierzy Pani, że możliwy jest świat bez konfliktów? Że tę „kostkę Rubika” – że nawiążę do okładki – da się jakoś ułożyć?

Myślę, że rozmawiamy o tym w dobrym momencie historyczno-społecznym. Wiemy, co się dzieje na świecie i co się dzieje w Polsce – i wiemy, że nie jest najlepiej. Moja odpowiedź brzmi: nie będzie świata bez konfliktów, dopóki nie zgodzimy się na jego wielokulturowość. Czy szerzej – jeśli nie zgodzimy się na to, że się od siebie różnimy. Czy ten świat bez konfliktów jest możliwy? Niestety wydaje mi się, że to właśnie wizja… utopijna. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał innym coś narzucić, pokazać, że jest mądrzejszy, że jego przekonania są lepsze, jego religia, jego kuchnia, jego wygląd et cetera. Zawsze tak było, od zarania dziejów ktoś komuś coś narzucał. I tak jest nadal, prawda? A obecnie konflikty na tle kulturowo-religijnym przybierają coraz brutalniejszą formę. I powiem wprost: moim zdaniem to straszne, że na takim etapie rozwoju cywilizacyjnego nie potrafimy akceptować inności, że nie potrafimy się dogadać między sobą, nie znajdujemy czasem żadnej płaszczyzny porozumienia. Czy tak trudno pogodzić się z tym, że ktoś, kto mieszka ze mną ściana w ścianę, ma inny kolor skóry, jest wyznawcą innej religii, je inne produkty, inaczej spędza czas wolny, ma inną koncepcję rodziny i inaczej patrzy na podział społecznych ról? Czy to musi być zawsze podstawą do konfliktu? Czy musi mi to przeszkadzać? Można mieć przecież różne opinie, a jednocześnie nie prowadzić wojny. Myślę, że na początek dobrze by było, aby każdy z nas zajął się swoim własnym życiem, zanim zechce „naprawiać” innych.

Zagadkowy jest rozdział napisany gwarą…

Nie nazwałabym tego gwarą, a raczej stylizacją językową. Bo język, którym posługuje się para bohaterów, wymyśliłam sama, choć wykorzystałam kilka polskich gwar. Chciałam, by ten język był uniwersalny i nie kojarzył się z jednym konkretnym punktem na mapie. Tak jak nie jest konkretnym punktem na mapie wioska Gajewskich; mówi się o tym, że leży na północnym wschodzie, ale gdzie konkretnie? Tego nie wiemy. Ta wioska Gajewskich miała funkcjonować jako reprezentacja pewnej małej społeczności i mieć wymiar uniwersalny. Stąd taka kompilacja.

Jaki był cel tego zabiegu? Chciała Pani podkreślić konieczność odrzucenia pewnych elementów tradycji, bo przecież każdy z czytelników odbierze tę mowę jako element OBCY, niedający się zasymilować?

Raczej chciałam podkreślić ich inność – w tej książce każdy z bohaterów jest inny i coś go wyróżnia. Kolor skóry, poglądy, wiara/jej brak, język. Gajewscy, których język stylizowany jest na gwarę, mają jeszcze więcej tej „obcości”, bo są osobami z zewnątrz. Wszyscy inni bohaterowie „Windy” albo mieszkają w tym samym bloku, albo przynajmniej w tym samym mieście, więc przynależą do jednej przestrzeni. Wyjątkiem może być tutaj Edward, ale on też jest bardziej obcy od reszty, tyle że w innym znaczeniu. Stylizacja językowa potrzebna mi była też po to, by nie tyle podkreślić konieczność odrzucenia pewnych elementów tradycji, ile ukazać, że brak zmian (czy też, jak by to ujął pan Stanisław, postępu) może powodować pewne kłopoty z komunikacją. To takie zamykanie się w swoim świecie, w ograniczonym repertuarze symboli, w określonych miejscach i w języku, który zna garstka. A także – w swoich zwyczajach i poglądach, przy jednoczesnym odrzuceniu tego, co na zewnątrz, poza własnym środowiskiem. Ale oczywiście nie możemy dążyć do tego, by gwary zniknęły, bo w nich zawiera się cała historia języka, z jego geograficzno-społecznym zróżnicowaniem.

Jak Pani ocenia potrzeby współczesnych czytelników – są raczej intelektualne czy raczej emocjonalne? A może jest tak – co przychodzi mi do głowy, kiedy śledzę odbiór książek i filmów – że udajemy intelektualistów, a tak naprawdę jesteśmy strasznymi emocjonalistami?

Tak chyba jest. Będąc świeżo po studiach, miałam jako czytelnik potrzeby przede wszystkim intelektualne. A przynajmniej tak mi się teraz wydaje. Z biegiem czasu jednak zaczęłam również poszukiwać emocji. Tekstów, które potrafiłyby autentycznie mną wstrząsnąć, zmusić do płaczu albo śmiechu, pobudzić wyobraźnię i zmusić do myślenia przez przedstawienie sytuacji. W wielu świetnych książkach brakowało mi i brakuje nadal emocji. Ulubionym przykładem jest Kafka. Uwielbiam Kafkę, doceniam jego kunszt, język, sposób kreowania dziwnej, absurdalnej powieściowej rzeczywistości, ale rzadko który jego tekst budzi we mnie emocje. Naprawdę. Jedynie „Przemiana” się wyróżnia. Ale kiedy czytam na przykład „Zamek”, to mam z tego głównie uciechę intelektualną, nie przeżywam tej lektury. A to jedna z moich ulubionych powieści… Więc odczuwam pewien dualizm jako odbiorca, jestem podzielona.

A jako autorka? Erotykę, której jest trochę w Pani utworze, umieściła Pani, aby dostarczyć czytelnikom emocji, stymulować napięcie w lekturze, czy też chciała Pani postawić hipotezę na temat wagi relacji męsko damskich?

Sceny erotyczne zawsze stymulują napięcie w lekturze, ale przyzna Pani, że moje, choć jest ich sporo, nie są zbyt dosłowne i zbyt anatomicznie dokładne. Chodziło mi raczej o pokazanie, że ta sfera również buduje życiowe doświadczenie jednostki, a to, jak się w niej bohaterowie poruszają, coś o nich mówi. O ich uprzedzeniach i hamulcach bądź ich braku, o ukrytych pragnieniach, które rzadko bywają zaspokojone. I to z różnych przyczyn – czasem z powodu barier, które tkwią i w nas. I oczywiście ważna jest w tej książce inicjacja – o niej mówię często i ona też bywa dla niektórych bohaterów przełomem w poznawaniu siebie i myśleniu na swój temat.

Świat kobiet w „Windzie” jest mocno zróżnicowany, ale nie brak mocnych charakterów, istot skoncentrowanych na celu, budzących w mężczyznach niepokój, a czasem sprzeciw. Jeden z nich przywołuje nawet nazwisko Szczuki jako wręcz matki-założycielki, odpowiedzialnej za bunt kobiet. Wydaje się mi się jednak, że nie podziela Pani równościowych dążeń feministek?

Kiedy ktoś każe mi odpowiedzieć na pytanie, czy podzielam jakieś poglądy bądź ich nie podzielam, ja odpowiadam: to zależy. Każdy system ma swoje wady i zalety, w każdym są jakieś luki. Stwierdzenie, że nie podzielam równościowych dążeń feministek też nie jest do końca prawdziwe. Ja po prostu nie lubię popadania w skrajności. Ale może po kolei – podzielam równościowe dążenia KOBIET. I to jak najbardziej, zawsze. Uważam, że na całym świecie kobiety są wciąż dyskryminowane na różnych płaszczyznach życia i słusznie domagają się równości (choćby pod względem płac). Ale oczywiście istnieją też między kobietami i mężczyznami różnice fizyczne, z którymi nie da się dyskutować. I w związku z tymi różnicami fizycznymi kobieta zawsze będzie, niestety, w trudniejszej sytuacji. A co do trybu życia, wyborów, dążeń równościowych i tak dalej jestem po prostu zwolenniczką indywidualnych wyborów. Jeśli kobieta chce poświęcić się wychowywaniu dzieci i zajmowaniu domem – i decyduje się na to świadomie – to feministka we mnie na ten temat milczy. Nic mi do tego. Jeśli jednak poświęca się wychowywaniu dzieci i zajmowaniu domem, bo jest pod czyjąś presją, to oczywiście taka sytuacja budzi mój opór i mam ochotę taką kobietą lekko potrząsnąć. Nie podoba mi się też to oblicze feminizmu, które łączy się z powszechną niechęcią wobec mężczyzn i uważaniem ich wszystkich jak leci za męskich szowinistów. Funkcjonuje przecież wiele nieprzyjemnych stereotypów na temat mężczyzn – że są leniwi, nie potrafią zająć się dziećmi, nie umieją posprzątać, są bałaganiarzami, nie wyprasują sobie koszuli i nie ugotują obiadu. Czy naprawdę tacy są współcześni mężczyźni? Oj, chyba nie. A przynajmniej nie wszyscy. I też trzeba o tym mówić.

Ale różnice między mężczyznami i kobietami Pani chętnie eksponuje – z jednej strony – jako źródła napięcia, z drugiej – jako okazję do poszukiwania takich układanek, w których stają się one źródłem największej przyjemności, szczęścia czy siły. Można powiedzieć, że to one – paradoksalnie – spajają świat?

Z jednej strony spajają, a z drugiej… wciąż na nowo prowokują do wszczynania słynnej wojny płci. Ale przecież dzięki temu jest ciekawie…

Tak się toczy światek, że zacytuję „Fausta”. Dziękuję Pani za rozmowę. I za „Windę” również.

 

Przeczytaj także:

Manga zamiast „Reksia”. Magdalena Knedler o fascynacji kulturą japońską (cz. I)

 

mk
Author

mk

<p>Redakcja</p>