Czego szukasz?


Kategorie


Film

"Ostatnia rodzina" / materiały prasowe

Film

Takiego wyrodnego syna urodziłam.”Ostatnia rodzina” [recenzja]

21 października 2016

Tytuł artykułu nawet więcej niż prowokacyjny, gdyż matka de facto nigdy pretensji i wyrzutów synowi nie czyni. Ale niezręcznie intymna poetyka „Ostatniej rodziny” i (nie)słynnego dokumentu Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam” nie są wcale odległe.

ostatnia1

Wypadałoby dołożyć łyżkę dziegciu do powszechnego kubła pochwał z mnóstwem nagród (od gdyńskiego festiwalu filmowego począwszy). A daleki jestem od zachwytu ogółu nad filmem fabularnym o familii Beksińskich. Wiele racji ma Wiesław Weiss (od zarania dziejów redaktor naczelny „Tylko/Teraz Rocka”), nazywając ten film nikczemnym na łamach swego pisma (tych samych słów użył we wstępniaku do najnowszej i jak do tej pory jedynej monografii Tomka Beksińskiego Portret prawdziwy własnego pióra). Można zrozumieć irytację kolegi z redakcji, iż film ukazuje zmarłego współpracownika w karykaturalnej formie, lecz film jako dzieło samoistne broni się – choć nie bez zastrzeżeń.

To z jednej strony obraz dla osób, które znają całą historię – bo akcja zaczyna się jak gdyby od środka, czyli od przeprowadzki do Warszawy z ukochanego Sanoka w 1977 roku, a zatem wiele kwestii pozostaje zagadką – a z drugiej oni przecież będą wiedzieć, że coś tu nie do końca pasuje. Najwyraźniej recenzenci przedstawioną tu rzeczywistość wzięli za dobrą monetę, nie zawracając sobie głowy szukaniem dziury w całym. Bodajże tylko Artur „Kinomaniak” Pietras powątpiewał w szczere intencje twórców i w wideo-recenzji na swym youtube’owym kanale wypunktował słabe strony filmu (przede wszystkim tendencyjny scenariusz), ale pozostał czuły na dobre aspekty (pochwalił aktorstwo całej trójki „Beksińskich”, choć same role uznał za schamatyczne).

A ja żartobliwie mogę dodać: Panie Bolesto – nie znasz dnia, ani rodziny! Scenarzysta posiłkował się zapewne nieautoryzowanym przez rozmówców reportażem Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny. Szkoda, że nie doczekał publikacji Weissa, bo mógłby wykorzystać więcej szczegółów, które bez wątpienia uatrakcyjniłyby seans. Wolał jednak dosyć luźno potraktować chronologię, by sobie ułatwić nieco zadanie. I tak jak domowe nagrania Zdzisława nie proponują żadnej interpretacji, tak jego film również nie odpowiada na żadne pytania, ukazując tylko skutki. Z jednej strony to niedopowiedzenie może stanowić siłę projekcji, ale czy ocenianie dzieła na podstawie tego, czego w nim nie ma, nie jest już z założenia absurdem? Ale Robert Bolesto i tak nieźle wybrnął z zadania, proponując znacznie lepszy scenariusz od okropnego Hardkor Disko czy lepszych Córek Dancingu. Tyle, że tutejsze dialogi to łatwizna, bowiem w dużej mierze zostały przepisane z archiwaliów (nie jest to w zasadzie zarzut, gdyż to naturalne i najlepsze rozwiązanie – co potwierdza najsłabszy, ewidentnie dopowiedziany i niepotrzebny dialog między dwoma staruszkami). Wszak tragiczna historia rodziny Beksińskich to wymarzony (a w zasadzie należałoby napisać „koszmarny”) scenariusz, bajecznie prosty punkt wyjścia do emocjonalnego dzieła. Ciężko zatem nie skompilować ciekawej opowieści właściwie z gotowych materiałów, skoro składają się na idealny dramat rodzinny. A jednak nie do końca wyszło – chyba przez brak empatii, może przez brak doświadczenia nieopierzonych twórców. Odnoszę zresztą wrażenie (sugerując się także okropnym Jesteś Bogiem), że polscy twórcy – chyba po to, by pochwalić się „poważnym i trudnym filmem” – ochoczo biorą się za ukazywanie na ekranie zmagań z depresją, lecz tematu nie potrafią udźwignąć, więc spłaszczają rzeczywistość, udzielają zbyt prostych odpowiedzi (albo wcale).

Ostatnia rodzina to druzgocząco jednostronny obraz tłumacza i dziennikarza, a zarazem kreacja jakże świetnie skrojona pod kątem typowej filmowej dramaturgii „od cierpienia aż do śmierci”.

Szczególnie do ze wszech miar odstręczającej postaci Tomasza twórcy zdają się mieć litość, a niewiele szacunku, traktując go ewidentnie z góry. A skandalicznie łatwo dla celów dramaturgicznych zrobić z osoby, która nie znalazła szczęścia w miłości, kompletną ofiarę losu, żałosną ofermę do sześcianu. Niewydarzonego, zahukanego człowieczka zamkniętego w sobie. Kompletnie nieprzystosowanego go rzeczywistości odludka. Chodzącą i tykającą bombę zegarową, która terroryzuje domowników do tego stopnia, że ci trzęsą się ze strachu przed jego humorami. Problem w tym, że prawdziwy Tomasz miał całkiem sporo przyjaciół oraz mnóstwo bliższych i dalszych kolegów i koleżanek, a jego antypatyczna wersja w wykonaniu Dawida Ogrodnika nie pomogłaby mu zjednać tysięcy słuchaczy, a co dopiero przyciągnąć kogokolwiek w życiu prywatnym. Coś tu ewidentnie przekłamano lub nie dopowiedziano. Nawet jeśli faktycznie była to samotność w tłumie.

Odnoszę wrażenie, że film powinien powstać raz jeszcze – już bez Ogrodnika, który po nieprzekonywującej roli Rahima w Jesteś bogiem zaproponował kolejną zmanierowaną kreację. By przekonać się, jak bardzo przeszarżował, wystarczy choćby porównać jego obłąkane i przestraszone oczy ze sfabrykowanego Wieczoru z wampirem z raczej pogodnym wizerunkiem prawdziwego Beksińskiego w tym programie dostępnym do dziś na YouTube. Można i docenić starania młodego aktora, gdyż z reguły umiejętnie powtarzał manierę samozwańczego polskiego Nosferatu (oraz ENTUZJASTY) – szczególnie „na antenie” – lecz nabawił się przez to kuriozalnego seplenienia, które pierwowzorowi było przecież obce. Co prawda sam pomysł na nieidealną dykcję jest interesujący (bo przecież w prawdziwym życiu nie zdarza się, by wszystkich cechowała aktorska wymowa), lecz ciężko uwierzyć, by radiowiec o pięknym głosie nie potrafił się wśród domowników wysłowić, jego głos co rusz się załamywał, a wiele z jego słów pozostawało zagadką z uwagi nie tylko na niewyraźną mowę, ale i pobrzmiewającą wieczną pretensję do całego świata.

Jak ktoś to dobrze sformułował: kreacja Ogrodnika została nakreślona „zbyt grubą kreską”. Tomkowa karykatura budzi odrazę już w pierwszej scenie ze swoim udziałem, gdzie skulony na podłodze buja się jak w chorobie sierocej. Doprawdy ciężko kupić równie żenujący chwyt. W następnych scenach przepięknie wybucha i jeszcze bardziej malowniczo stęka, ciężko oddycha i dygoce, gdy usiłuje śmiertelnie zatruć się gazem. Zresztą cała Ostatnia rodzina to druzgocząco jednostronny obraz tłumacza i dziennikarza, a zarazem kreacja jakże świetnie skrojona pod kątem typowej filmowej dramaturgii „od cierpienia aż do śmierci”. Filmowy Tomek to nie człowiek pełen pasji, lecz ogarnięty obsesją ENTUZJASTA. Bardziej naddrażliwy niż nadwrażliwy, wiecznie użalający się nad sobą imbecyl, który bezceremonialnie, bez pytania czy prośby, przywłaszcza, niemal kradnie obrazy ojca (jednak prawdziwe szczyty kretynizmu osiąga przy pierwszym spotkaniu z Piotrem Dmochowskim). Gdzie ulotniła się ponadprzeciętna inteligencja, z której słynął młodszy Beksiński, gdzie podziało się jego błyskotliwe poczucie humoru?

Fakt. Weiss czy nawet Grzebałkowska mieli wiele stron maszynopisu na przybliżenie postaci młodszego Beksińskiego. Można więc zrozumieć niezbyt zadowalający rezultat karkołomnego zadania, którego podjął się debiutujący reżyser Jan P. Matuszyński, by w zaledwie 120 minut przybliżyć sylwetkę osobowości tak barwnej i pokomplikowanej. Jednak ewidentnie tendencyjny wybór niemal wyłącznie wybuchowych wątków rzutuje na choleryczny wizerunek niezrównoważanego furiata i chama, nie ukazując normalnych, czyli niehisterycznych relacji Tomasza z rodziną. A ciężko za takowe uznać fragmenty, gdy ostentacyjnie ignoruje obecność obu śmierdzących babć czy pouczenia ze strony wręcz anielsko cierpliwej matki.

Ostatnia rodzina, choć pozostaje uproszczoną, nieco zmanipulowaną i odrobinę żerującą na sensacji biografią, broni się na niwie poruszającego dramatu. To bardzo intymny wgląd w relacje i hermetyczne życie nie do końca dysfunkcyjnej rodziny.

Najsmutniejszy w tej historii jest bodaj fakt, że on wcale takim wariatem nie był – tylko kimś, kto jakby trafił na nieswoje miejsce i w nieswój czas. W ekscentryzmie przecież wcale nie przebijał ojca-artysty, lecz tylko jego specyficzność była tragiczna w skutkach. Opanowany Zdzisław miał tyle szczęścia, by trafić na oddaną i kochającą kobietę, która służyła mu do końca swego życia, a do tego znalazł artystyczną niszę, w której mógł się bez krępacji realizować. Pozbawiony naturalnego pędu do życia, nieśmiały i egocentryczny Tomasz o niesłychanie wątłej konstrukcji psychicznej nie miał podobnego farta.

Tym niemniej, pewne aspekty jego osobowości zostały oddane przyzwoicie. Faktem jest, że maminsynkowaty Tomek był – jak wynika z opublikowanych dzienników Zdzisława z lat 1993-2005 – niesamodzielny, nieporadny i nieskory do pomocy rodzicom jeszcze jako 30-parolatek. Choć utrzymywał się sam, oboje rodziców odwoziło go niemal wszędzie oraz dopełniali wszelkich formalności – tak charakterystyczne przecież dla dorosłego, odpowiedzialnego życia. Tomek z natury był raczej egoistą pochłonięty swoim światem, lecz wykreowany tutaj obraz sfrustrowanego (również cieleśnie) potwora wydaje się przesadzony, bowiem film umyślnie niemal nie porusza tematu relacji pozarodzinnych, ani tego, jak oddanym i wyrozumiałym potrafił być przyjacielem dla wielu osób. Także miej świadomość, Drogi Czytelniku, że Tomasz miewał również udane związki (choć owszem – z reguły na krótko) – nawet na niwie seksualnej.

Sympatię za to budzi Andrzej Seweryn jako opanowany Zdzisław, który choć wykonuje artystyczny zawód, twardo stąpa po ziemi. Ale to nie jego bezemocjonalna postać jest spoiwem łączącym rodzinę, lecz Zofia (Aleksandra Konieczna). To właśnie jej starania łączą dwóch jej ukochanych, głównych rozgrywających: Zdziśka i Tomeczka. To nieskończenie dobra, ale przez to nadopiekuńcza i służalcza matka oraz żona. Nawet skończyć za syna związek potrafi, gdy facetka zamknęła mu się w łazience. Ba, dość powiedzieć, że za plecami jedynaka sprząta jego mieszkanie, co budzi gwałtowny sprzeciw rezydenta. Oczywiście można Tomka nazwać wyrodnym synem bez uczuć dla nierozumiejących go rodziców; który potrafi warknąć na matkę, żeby zamknęła ryj (o ile faktycznie tak było), lecz za nieodcięcie pępowiny odpowiedzialni wydają się przede wszystkim jego rodzice. Syn z kolei nie dał rady lub nie chciał tego zmienić. Inna sprawa, że umieszczając takie, a nie inne wątki z życia w dziele zaledwie dwugodzinnym, twórcy niejako sugerują, iż takie zachowania były absolutną normą, z czym zgodzić się nie sposób. Tu za dowód znów mogą posłużyć czeluścia You Tube’a, gdzie znaleźć możemy fragmenty kronik Beksińskich z potulnym Tomkiem.

Jednak Ostatnia rodzina, choć pozostaje uproszczoną, nieco zmanipulowaną i odrobinę żerującą na sensacji biografią, broni się na niwie poruszającego dramatu. To bardzo intymny wgląd w relacje i hermetyczne życie nie do końca dysfunkcyjnej rodziny. Na tyle bezpośredni, że nie razi nawet ostatnia, drastyczna scena. Nie odbieramy jej bowiem jako przekroczenie dobrego smaku albo tani chwyt na „mocną scenę na koniec”, lecz jako konsekwentny ruch reżysera wynikający z obranej już na samym początku poetyki. Posiłkując się nieco muzycznymi terminami, Ostatnia rodzina jest kompozycją złożoną, trudną w odbiorze i niejednoznaczną. Na pewno więcej tu dysonansów niż harmonii… lecz pozwólmy jej po prostu wybrzmieć do przykrego końca. Jak wieńczącej seans cudnej pieśni Tima Buckleya Song to the Siren w wykonaniu This Mortal Coil.

 

Seans obejrzany dzięki uprzejmości Multikino Gdańsk

Ostatnia rodzina
Reżyseria: Jan P. Matuszyński
Scenariusz: Robert Bolesto
Występują: Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik, Aleksandra Konieczna, Andrzej Chyra
Gatunek: biograficzny
Produkcja: Polska 2016