Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu/ źródło: Multikino

Film

Szaleć i nie żałować. „Pearl Jam. Let’s Play Two” w Multikinie [relacja]

8 października 2017

Kto nie miał nigdy szczęścia zobaczyć załogi w akcji, powinien był zjawić się zeszłej środy w Multikinie.

Ktoś, kto z przyjemnością śledził scenę Seattle, która na dobre narodziła się u zarania ostatniej dekady XX wieku, na pewno miał swego ulubionego wokalistę. W tej chwili o wybór już znacznie gorzej. Gdy los brutalnie „wytłukł” najważniejszą konkurencję i po mniej lub bardziej tragicznych zgonach: Andrew Wooda (Malfunkshun, Mother Love Bone), Kurta Cobaina (Nirvana), Layne’a Staleya (Alice In Chains i Mad Season), Chrisa Cornella (Soundgarden, Temple Of The Dog), a nawet Scotta Weilanda z San Diego (Stone Temple Pilots), Eddie Vedder obok Marka Lanegana (The Screaming Trees) został właściwie sam na placu boju (bo Greg Dulli z The Afghan Whigs to jednak inna, bardziej soulowa kategoria, a Mark Arm z Green River i Mudhoney nigdy nie przebił się do szerokiego grona odbiorców, by mówić o nim jako o ikonie grunge’u). Toteż jeśli u kogoś wciąż nie zgasł płomień sentymentu do tej sceny, niejako zmuszony jest sięgać po Pearl Jam, którzy jak widać są stale w formie, co udowodnił pokaz w Multikinie.

Początkowo można było brak polskiego tłumaczenia całkowicie zbagatelizować, no bo po co komu przekład koncertu na macierzystym stadionie baseballowym Chicago Cubs (którego szczególnie wokalista Eddie Vedder jest zagorzałym kibicem). A jednak sporo było paplaniny, zatem napisy angielskie okazały się całkiem przydatne. Zabawne i ciekawe wstawki, które czynią z tego pokazu coś więcej niż koncertową rejestrację. Znacznie lepszą niż dostępne na rynku oficjalne wydawnictwa DVD Touring Band 2000, Live at the Garden czy Immagine in Cornice. Entuzjazm tym bardziej udziela się słuchaczom, gdy widzi się, jak wiele wciąż radości autorom tych utworów sprawia wykonywanie meteriału z młodości i przebywanie we wspólnym towarzystwie.

Porządne natężenie dźwięku, fajny montaż, przyzwoita frekwencja i oczywiście spory ekran powinny zrekompensować widzom fizyczną absencję członków zespołu.

Porządne natężenie dźwięku, fajny montaż, przyzwoita frekwencja i oczywiście spory ekran powinny zrekompensować widzom fizyczną absencję członków zespołu. Panowie z półwieczem na karku (szczególnie basista Jeff Ament nie wygląda na swoje lata) mają na koncie równe dziesięć albumów oraz dobre ćwierć wieku doświadczenia, więc teoretycznie jest z czego wybierać. Jednocześnie nie należało się bać, iż ostatni album Lightning Bolt zdominuje setlistę, gdyż ukazał się aż 4 lata temu. I faktycznie ograniczono się do tytułowego indeksu.

Ciężko szczególnie wyróżnić któryś fragment projekcji, gdyż każdy wykon dawał solidnego kopa. Z pewnością jednak starych fanów najbardziej rozemocjonowały dźwięki klasyków z wczesnych płyt (a może to tylko magia Multikina). Usłyszeliśmy zatem: świętą trójcę Black, Jeremy, Alive, a także rzewne Release z Ten (specjalnie dla fana imieniem John, a z archiwaliów poleciał też znaczny fragment Even Flow), Elderly Woman Behind the Counter in a Small Town i Go z Vs., Vedderowskie petardy, czyli Better Man i Corduroy (gdzie wokalista oszczędził sobie śpiewania w mostkach, za to nieco przesadnie numer wydłużył) oraz Last Exit z Vitalogy a niżej podpisanemu przyjemnie się zrobiło przy Low Light na samo wejście oraz znacznie później Given to Fly z Yield. Znamienne, iż późniejsze albumy No Code, Binaural, Riot Act oraz Backspacer nie znalazły w seansie swoich reprezentantów, a płytę bez tytułu z 2006 roku można odhaczyć jedynie przez Inside Job (utwór zapowiedział sparaliżowany ex-zawodnik, a prywatnie dobry znajomy gitarzysty Mike’a McCready’ego: Steve Gleason). Chłopaki potrafią zaskoczyć także mniej spodziewanym kawałkiem. Tutaj pełniła tę rolę Crazy Mary z repertuaru Victorii Williams, na której okoliczność Edek nawet polewał wino słuchaczom z przodu sceny. Sam sobie również nie żałował.

Jako hołd dla baseballistów wykonano na koniec hymn Chicago Cubs All the Way. Pod napisy końcowe usłyszeliśmy jeszcze tylko beatlesowskie I’ve Got a Feeling (którym ponoć zakończono pierwszy występ PJ w Chicago ćwierć wieku wcześniej) oraz dłuższy fragment Wishlist (szkoda, że zabrakło tego numeru w pełnej krasie). Pokaz w Multikinie obejmował także piosenkę bonusową. Szczerze mówiąc, nie rozpoznałem jej, ale stwierdzić mogę jedno: muzycy z pewnością mogli wyszaleć się w niej zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie.