Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

materiały promocyjne

Muzyka

Swojak! UNKLE Sounds w Teatrze Szekspirowskim [relacja]

22 lutego 2016

UNKLE to dosyć nietypowy twór muzyczny o płynnym składzie i wciąż zmieniającym się stylu (od elektroniki przez stoner rocka do muzyki filmowej). Projekt legitymujący się najczęściej etykietą trip-hopu założony został w 1994 roku przez Brytyjczyków Jamesa Lavelle’a i Tima Goldsworthy’ego – do dziś tworzących jego trzon. Pierwszy z nich objeżdża świat z inkarnacją właściwego wcielenia pod szyldem UNKLE Sounds i 20 lutego zawitał do gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.

Najpopularniejszym albumem UNKLE z pewnością na zawsze pozostanie głośny debiut Psyence Fiction, choć następne krążki (Never Never Land, War Stories, End Titles… Stories for Film oraz Where Did The Night Fall – Another Night Out) nie są wcale mniej warte uwagi. O randze kolektywu świadczyć może chociażby grono jednorazowych współpracowników: Thom Yorke (Radiohead), Ian Brown (The Stone Roses), Richard Ashcroft (The Verve), Josh Homme (Queens Of The Stone Age, Eagles Of Death Metal), Mike D (Beastie Boys), Ian Astbury (The Cult), Robert Del Naja (Massive Attack), Jason Newsted (Metallica) i wielu innych. Z taką bandą, rzecz jasna, nie można podróżować ot tak, toteż Lavelle proponuje zamiennik w postaci swego DJ-skiego setu. Okrasza go efektywnymi animacjami Douga Fostera, którym krytyk bardziej czuły na aspekt wizualny z pewnością poświęciłby osobny artykuł. (Z kronikarskiego obowiązku można przytoczyć, że pojawiły się tam charakterystyczne rysunkowe postaci z okładek dwóch pierwszych albumów). Jednak same wrażenia audialne wydają się trafione dla wielbicieli właściwego UNKLE, gdyż nie tylko przypominają jego dokonania, lecz znacznie wybiegają poza jego repertuar.

Wrażenia audialne wydają się trafione dla wielbicieli  UNKLE, gdyż nie tylko przypominają jego dokonania, lecz znacznie wybiegają poza jego repertuar.

Przywitał się znaną nutą, mianowicie Eye for an Eye z Never Never Land. Artysta ochoczo popijał szampana, a gdy wychylił kieliszek czegoś mocniejszego, dosłyszałem z widowni gest aprobaty: „swojak!”. Set wypełnił bezustanny półtoragodzinny ciąg transowych dźwięków, w których przewinął się choćby Be There (z Ianem Brownem „z taśmy”) czy Touch Me („z” Lielą Moss). Momentami bas był tak głęboki, że można było sobie przypomnieć, jakie organy tkwią w ludzkich wnętrznościach i je szybko policzyć. Z kolei inne dźwięki świdrowały w małżowinie usznej, że aż miło. Na brzmienie zatem nie trzeba było narzekać – bo i nagłośnienie jednego DJ-a to chyba najłatwiejsze zadanie dla technicznego. Generalnie brzmiało to wszystko oczywiście bardziej elektronicznie niż na płytach.

Lavelle całkiem długo kazał się wywoływać na kilkunastominutowy bis, w którego wplótł mały (choć średnich lotów) hołd dla zmarłego przed miesiącem giganta popukultury, Davida Bowie’ego w postaci przetworzonego fragmentu jego hymnu „Heroes”. Co jednak niebagatelne, sam artysta zdawał się dobrze bawić – a to już dobry znak, że przebieg koncertu nie jest mu obojętny i jeszcze mu zależy. Choć publiczność nie pozostała mu dłużna, to jednak ciężko było nie poczuć drobnego zawodu, że nie dane nam było usłyszeć UNKLE w pełnej krasie.