Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu/ Multikino

Film

Święta trójca. „Black Sabbath: The End of the End” w Multikinie [relacja]

19 października 2017

Multikino umożliwiło polskiemu widzowi obejrzenie czegoś, czego świadkami byli doprawdy nieliczni. A dokładnie tylu, ile osób jest w stanie pomieścić brytyjska Genting Arena. Dzięki koncertowemu dokumentowi The End of the End mogliśmy doświadczyć momentu, w którym legendarny zespół Black Sabbath przeszedł do historii.

Przede wszystkim spodziewałem się ujrzeć żywego trupa, a okazuje się, że Ozzy Osbourne AD 2017 jest w zaskakująco dobrej formie fizycznej i, zważywszy na 68. rok życia, śpiewa znakomicie. Oczywiście dało się wychwycić pewne wokalne nieczystości, ale to przecież normalka w warunkach koncertowych. Sam zainteresowany utrzymuje, że jest już wolny od nałogów. Jedno się jednak nie zmieniło: Książę Ciemności wciąż często przeklina, choć ulubione fuck nie pada co drugie słowo.

O ile niemal aktorskiej wymowy gitarzysty Tony’ego Iommiego można słuchać godzinami, a lekko zabawny głos basisty Geezera Butlera nie sprawia większej trudności z rozszyfrowaniem komunikatu, tak bezdyskusyjnie przydały się angielskie napisy w przypadku Osbourne’a. Ten koleś prawie nie ma już dykcji!

A gadaniny było całkiem sporo. Konstrukcyjnie więc dostajemy niejako powtórkę z rozrywki. Tak jakby Last Supper z 1999 roku przedstawiono w realiach bliższych Live… Gathered in Their Masses sprzed 4 lat.Puryści z pewnością będą kręcić nosem, że komentarze przeszkadzają w odbiorze utworów. Faktycznie można było powściągnąć podobne zapędy, lecz jednocześnie przyznać muszę, iż ogląda się to świetnie.

Na ostatnie pięć lat działalności koncertowej Black Sabbath Billa Warda z powodzeniem zastąpił Tommy Clufetos z zespołu Osbourne’a, który załapał się już na wspomnianą przed momentem Gathered in Their Masses (w studiu zaś, na potrzeby albumu 13, bębnił Brad Wilk znany z Rage Against The Machine, Audioslave i Prophets Of Rage). Wspomagał ich także na klawiszach i gitarze Adam Wakeman (syn słynnego Ricka, pianisty Yes), lecz był schowany i kamera nie złapała go bodaj ani razu – wyszedł i ukłonił się dopiero na bis. Pozostali członkowie Black Sabbath nader mgliście wypowiadają się o powodach absencji oryginalnego perkusisty, choć wyrażają żal, iż nie mógł im towarzyszyć z tym wiekopomnym wydarzeniu. Przyczyną miała być jego niedyspozycja zdrowotna – a przecież rockowy bębniarz (szczególnie w przypadku ciężej odmiany muzyki) ma pod względem fizycznym najcięższe zadanie z wszystkich instrumentalistów.

Ozzy Osbourne AD 2017 jest w zaskakująco dobrej formie fizycznej i, zważywszy na 68. rok życia, śpiewa znakomicie.

W sali kinowej było głośno, że aż miło. Dopiero teraz żałuję, że nie pojechałem zeszłego roku do Krakowa… Poczuć „żywą” atmosferę było można także dzięki licznym zbliżeniom. Na szczęście nie przesadzono w tej kwestii, unikając w ten sposób dusznej atmosfery, która mogłaby okazać się przytłaczająca dla widza.

Stety albo niestety na pożegnalnej trasie nie bawiono się już w promocję całkiem niezłej płyty 13 sprzed 4 lat, która (przynajmniej wszystko na to wskazuje) zamykać będzie dyskografię zespołu. Usłyszeliśmy zatem wyłącznie żelazne klasyki z czterech pierwszych płyt. Już na wejście dostaliśmy utwór, który dał nazwę kapeli i znalazł się na debiutanckim krążku bez tytułu, choć przeważał repertuar następnego krążka. Oczywiście nie mogło zabraknąć pomnikowych kompozycji War Pigs (wykonana na tysiące gardeł, a pod koniec uraczona jednoczesnymi solami gitary i basu) oraz Iron Man, a bis nie mógł zabrzmieć inaczej, jak dźwiękami Paranoid. Poza tą świętą trójcą usłyszeliśmy również Fairies Wear Boots oraz Hand Of Doom. Pozostałe dwa wydawnictwa miały już znacznie skromniejsza reprezentację. Master of Reality to zaledwie Into the Void, a z Vol. 4 przedstawiono Under the Sun/Everyday Comes and Goes i, rzecz jasna, Snowblind.

Ponadto ujęcia koncertowe trzykrotnie przepleciono z materiałem ze studia nagraniowego, gdzie spotkano się 4 dni po finalnym występie. Celem tego wypadu miała być rejestracja paru utworów, których nie wykonano na żywo. I jest to interesujący materiał. Możemy być naocznymi świadkami Ozzy’ego jako harmonijkarza ustnego w The Wizard (zresztą to świetne wykonanie), a obu gitarzystów mieliśmy okazję ujrzeć w charakterze klawiszowców w balladzie Changes. Choć wykonanie Wicked World przebiegło już bez podobnych atrakcji, samemu podejściu do tematu nie sposób niczego zarzucić. A przyciąga wzrok zwłaszcza rachityczny Osbourne. Jego nieustannie przestraszone oczy zdradzają zagubienie w studiu, a dopiero w warunkach koncertowych nabierają energii i zaraźliwego entuzjazmu. W komentarzach zdradza, że najwyraźniej urodził się, by występować przed publicznością. I faktycznie wówczas uśmiech prawie nie schodzi z jego twarzy.

W konsekwencji w ciągu półtorej godziny zmieściło się relatywnie niewiele utworów, dlatego przydały się dodatki o łącznej długości wynoszącej pół godziny, które w niedalekiej przyszłości z pewnością zagoszczą na oficjalnym wydaniu DVD i Blu-ray tego filmu. Wpierw mogliśmy posłuchać kilku wypowiedzi, których oszczędzono nam w seansie właściwym, a zaraz po nich otrzymaliśmy znacznie smaczniejszy kąsek: muzyczną dokładkę w postaci brakujących pieśni z historycznego, ostatniego występu Black Sabbath 4 lutego 2017 roku w rodzinnym Birmingham. A były to N.I.B. i Behind the Wall of Sleep z przełomowego debiutu oraz Dirty Woman (jedyny wypad w stronę siódmego albumu, czyli Technical Ecstasy).

Koniec końców szkoda będzie Black Sabbath, bo te dziadki z łatwością wymietliby znacznie młodszą konkurencję. Z jednej strony świetnie, że odchodzą w pełni sił, aczkolwiek liczę, że dadzą się jeszcze przekonać. W przyszłym roku bowiem dociągnęliby do okrągłego, półwiecznego jubileuszu…