Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu/ Multikino

Film

Strasznie blisko. „One More Time With Feeling” [recenzja]

17 września 2016

Bez znajomości przykrego kontekstu produkcji One More Time With Feeling, dziwić może fakt, że po zaledwie 2 latach (czyli „dopiero co”) od premiery entuzjastycznie przyjętych 20 000 dni na Ziemi pojawia się kolejny dokument portretujący Nicka Cave’a od kuchni. Co więcej, pod względem kompozycji strasznie doń zbliżony.

Zrezygnowano tu jedynie z jawnej inscenizacji tak charakterystycznej dla poprzedniego dokumentu. Wtedy podglądaliśmy pracę nad chwalonym przez krytykę albumem Push The Sky Away formacji Nick Cave And The Bad Seeds, lecz ważniejsze były wywody lidera. Choć często popadał tam w zadumę, poruszał kwestie niewygodne dla własnej kondycji psychicznej (wydarzenia z dzieciństwa), to wymowy 20 000 dni nijak nie można było scharakteryzować jako przygnębiającą. Pod koniec projekcji mogliśmy nawet dostrzec zadowolonego ojca rodziny przyjemnie spędzającego czas z dwójką bliźniaczych synów – Arthurem i Earlem – podczas wspólnego seansu kultowego Człowieka z blizną. Jeszcze raz, z wyczuciem (fraza zaczerpnięta z jednej z piosenek) to jak gdyby smutny, czarno-biały (kolor pojawia się dopiero pod koniec metrażu) i jeszcze bardziej poetycki epilog tamtego obrazu. Jednak nigdy nie przybrałby on takiego kształtu (wyjściowo miała to być rejestracja koncertowa), gdyby również i los nie zgotował piosenkarzowi tak ekstremalnych doznań.

Osią neurotycznej, jak gdyby podwójnej narracji jest osobista tragedia muzyka, który stracił syna. Na szczęście intymny, dosyć artystowski seans nie epatuje utartymi frazesami o procesie umierania i samym akcie śmierci.

Twórca zwyczajnie pragnął nakreślić portret psychologiczny najbliższy prawdy i zaskakująco wcale nie wyszła z tego duszna, hermetyczna produkcja. Intymność czy swoistą „szczerość” filmu podkreśla dodatkowo fakt, że oko kamery często obejmuje także ekipę realizacyjną. Zresztą podobno dialogi były w dużej mierze improwizowane, co dało się odczuć, gdy reżyser Andrew Dominik mozolnie dobiera słowa, by przedstawić swemu rozmówcy niektóre pytania. Gorzej, gdy nie daje mu dokończyć myśli. Choć – zdaje się – intencje ma szczere, gdyż stara się naprowadzić gwiazdora na właściwe tory, kiedy z trudem wyraża własny ból. Bowiem osią neurotycznej, jak gdyby podwójnej narracji – bo ta „introwertyczna” miesza się z „ekstrawertyczną” (zresztą problematyka narracji stanowi jeden z wątków w rozmowach Dominika z artystą) – jest osobista tragedia muzyka, który stracił syna. Arthur Cave, któremu dedykowany jest film, w lipcu 2015 roku zginął tragicznie w wieku 15 lat, gdy pod wpływem LSD spadł z 18-metrowego klifu w Ovingdean nieopodal Brighton w Wielkiej Brytanii.

Choć nie od początku projekcji mowa jest o traumie, to nawet później o wydarzeniu prawie nie mówi się wprost. Na szczęście intymny, dosyć artystowski seans nie epatuje utartymi frazesami o procesie umierania i samym akcie śmierci, a pozwala artyście przeżywać tragedię po swojemu, szczerze wyrażając ból w dużej mierze po prostu wymownym milczeniem. Albo rozwodzić się nad kwestią zmiany tożsamości lub ubolewać nad tłumioną kreatywnością małżonki (która w pewien sposób wyładowuje swą artystyczną energię, kompulsywnie przestawiając meble w mieszkaniu). Innym razem stwierdza, że kobiety są trójwymiarowe, podczas gdy mężczyźni tylko dwuwymiarowi, czyli znacznie prostsi i mniej interesujący.

Ale nie przez cały czas Cave jest cierpiący, niespokojny, zagubiony i zatroskany o swój pogarszający się głos oraz umiejętności pianistyczne. Zdarza się nawet, że uśmiecha się i żartuje w studiu, kurtuazyjnie pytając, czy wszystko w porządku z jego fryzurą. Odwiedzają go tam syn Earl, a nawet niewidoczna w 20 000 dniach wieloletnia partnerka (nie)doli piosenkarza, Susie Bick. Muzycy Bad Seeds nie są wylewni i jak gdyby wspierają swego kolegę samą tylko obecnością.

Mamy tutaj także okazję usłyszeć najnowsze, bodaj najbardziej otwarte i szczere dzieło barda niemal w pełnej krasie. Wyciszony, zbolały album, łagodny w wyrazie, melancholijny, z przyjaznymi dla ucha melodiami.

Mamy tutaj także okazję usłyszeć najnowsze, bodaj najbardziej otwarte i szczere dzieło barda niemal w pełnej krasie. Wyciszony, zbolały album, łagodny w wyrazie, melancholijny, z przyjaznymi dla ucha melodiami – co przecież nie zawsze było domeną Cave’a, który ma w swoim dorobku dzieła tak odmienne, jak From Her To Eternity i The Boatman’s Call. Na nowym albumie upiorny w zasadzie jest tylko tytuł. Skeleton Tree otwiera doorsowski w klimacie Jesus Alone, a zamyka numer tytułowy. To utwory tak sugestywne, że łatwo się je zapamiętuje po pierwszym kontakcie i wybrzmiewają w głowie jeszcze długo po seansie. Perłą wśród nich jest podniosła i szczególnie ujmująca pieśń I Need You. Seans wieńczy utwór Deep Water z repertuaru Marianne Faithfull w wykonaniu zmarłego, którego oczywiście zabrakło na ukończonym albumie.

Wielokrotnie podczas seansu bohaterowie wspominają realizację zdjęć w technice 3D, lecz seans w Multikinie „spłaszczono” do 2D. Film spotkał się w Gdańsku z przyzwoitym zainteresowaniem (na oko połowa sali była zajęta). Wrażenie psuło tylko tłumaczenie ze sporą liczbą literówek i nie do końca precyzyjne, widocznie przygotowane na ostatnią chwilę. Na plus trzeba jednak przyznać, iż dobrze postąpiono, postanawiając przełożyć także teksty piosenek, gdyż one przecież zawsze były w twórczości Cave’a najistotniejsze.

oneMoreTimeWithFelling

Reżyseria: Andrew Dominik
Gatunek: muzyczny, dokumentalny
Premiera: 2 września 2016
Czas trwania: 112 min

 

Seans obejrzany dzięki uprzejmości Multikino Gdańsk