Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

Sisters of Mercy, fot. Peter PZ, źródło: Flickr/ CC BY-SA 2.0

Muzyka

Siła sióstr? The Sisters Of Mercy w B90 [relacja]

17 września 2017

„Najgorszy koncert, na jakim byłam. Fatalne nagłośnienie, ten koleś słabo śpiewał, wszystkie kawałki brzmiały tak samo”. Mniej więcej w ten sposób nastroiła mnie znajoma, która miała okazję widzieć The Sisters Of Mercy przed paroma laty. Na szczęście 14 września w Gdańsku było o niebo lepiej, niż można było się spodziewać z takiego opisu. Aczkolwiek nie oznacza to, że było doskonale.

Zanim przejdę do meritum, wspomnę tylko o nadzwyczaj udanym supporcie w postaci  The Membranes, którzy do nowicjuszy bynajmniej nie należą, gdyż skład powstał dokładnie przed 40 laty w Blackpool.  Szczególnie warto wyróżnić śpiewającego basistę (swój instrument miał nieźle rozkręcony – zarówno w fuzzie, jak i zwykły poziom natężenia) Johna Robba, który – w odróżnieniu od reszty załogi – dawał z siebie wszystko, a pewnie i jeszcze więcej. Aż żałuję, że nie zdążyłem na początek występu. Gdy już dotarłem na miejsce, nie opuszczało mnie wrażenie, że chłopaki pewnie lubią Joy Division. Pewnie byśmy się dogadali.

Dawno nie widziałem tak wypełnionego klubu B90. Ewidentnie kult Sióstr Miłosierdzia wciąż w Polsce pokutuje. Na deskach klubu stanęło tylko czterech gości. Poza oczywiście szefem (a zarazem jednym stałym elementem tego projektu) latało po scenie dwóch gitarzystów-młodziaków (skorych do pomocy wokalnej Ben Christo i Chris Catalyst) na przedzie, a ostatni z akompaniatorów, Ravey Davey schowany z tyłu obsługiwał dwa laptopy – w tym słynnego „perkusistę”, czyli automat zwany Dr Avalanche. Poza lakonicznym podziękowaniem właściwie żaden z nich nie odezwał się do nas słowem.

Dawno nie widziałem tak wypełnionego klubu B90. Ewidentnie kult Sióstr Miłosierdzia wciąż w Polsce pokutuje.

Usłyszeliśmy, jak nietrudno się domyśleć, przekrojowy materiał zarówno z wszystkich trzech płyt First and Last and Always (Walk Away, No Time to Cry, Marian, tytułowy), Floodland (Dominion, Detonation Boulevard) i Vision Thing (More, Doctor Jeep, Something Fast), jak i utworów singlowych (Alice, Body and Soul, Summer). Wszystkie z nich liczą sobie co najmniej ćwierć wieku i wiele z nich faktycznie zlewało się ze sobą – o ile nie należy się do ortodoksyjnych fanów.

O ile samo brzmienie nie sprawiało większych problemów (aczkolwiek trzykrotnie w ciągu ich występu na jakąś sekundę przerwało nagłośnienie), tak zdecydowanie należało pogłośnić wokal Andrew Eldritcha. Choć z tego, co dało się wychwycić, można domniemywać, iż zabieg ten mógł zostać przeprowadzony z premedytacją. Wygląda na to, że łysy, prawie 60-letni szef Sióstr powoli traci głos (choć nigdy przecież nie był gigantem wokalistyki).

Wywoływanie bisu rozpoczęło się od skandowania „Andrzej, Andrzej”, które dopiero po chwili przeszło w imię szefa zespołu w jego oryginalnym brzmieniu. Gdy zeszli po ledwie godzinie, trochę mnie zniesmaczyli, aczkolwiek szybko wytłumaczyłem sobie zaistniałą sytuację. Grając bowiem wciąż ten sam repertuar od blisko trzech dekad, nie chciało im się za bardzo wysilać. Mnie też by się nie chciało. Jednak zaskoczyli mnie rozbudowanym bisem, który objął aż 5 utworów i potrwał blisko połowę dystansu podstawowego, czym zrekompensował w znacznym stopniu niedosyt pierwszego setu. Tym bardziej, jeśli zaserwowali ciurkiem niemal same… no może nie zawsze hity, ale najlepiej rozpoznawalne utwory The Sisters Of Mercy. Na początek przeróbkę That’s When I Reach for My Revolver a potem kolejno:, Temple Of Love, Lucretia My Reflection, Vision Thing, This Corrosion. A później pozostało już tylko rozejść się do domów.