Czego szukasz?


Kategorie


Historia

fragment okładki/ wyd. Znak

Historia

Sen się skończył. „All you need is love. Sceny z życia kontrkultury” [recenzja]

22 stycznia 2017

Sprytny pomysł na sporządzenie kolejnej książki: zebrać zestaw własnych tekstów o zbliżonej tematyce z „Gazety Wyborczej”, „Książek”, „Tygodnika Powszechnego” oraz innych wstępniaków. Lecz dosyć tej złośliwości: autor wcale na nią nie zasłużył.

Książka zbiegiem okoliczności ukazała się dzień przed ogłoszeniem nowego laureata nagrody Nobla, a przy okazji jednego z głównych bohaterów omawianej książki. Chyba nieprzypadkowo swój artykuł Bob Dylan: moje imię nic nie znaczy Jerzy Jarniewicz zaczyna od spekulacji, czy prestiżowe wyróżnienie legendarny bard w końcu otrzyma. To jednak nie koniec ironii All you need is love: niespełna miesiąc po premierze książki, 7 listopada, umiera Leonard Cohen, którego podsumowano w eseju Nie strzelajcie do Cohena, a nazajutrz Amerykanie wybrali na prezydenta Donalda Trumpa, który na kartach książki figuruje oczywiście tylko jako kandydat na to stanowiska – i to w barwach raczej niepoważnych.

Jarniewicz przygląda się zjawisku kontrkultury zarówno w kontekście terytorialnym (rozdział Pięć
miast
), ale i konkretnych postaci lub dzieł (część Trzydzieści trzy i jedna trzecia), a na koniec po prostu pod   kątem   zjawisk   społecznych   czy  szczególnych   wydarzeń,   jak   choćby   festiwal   Woodstock
(Kwiaty, pacyfki, gaz łzawiący). Świetnie, że autor nie ograniczył się do tej najgłośniejszej – a pewnie i najważniejszej – rewolucji w krajach anglojęzycznych (Londyn i San Francisco), ale przytoczył także przebieg rozruchów w Paryżu, Amsterdamie i Berlinie (a dwa rozdziały dalej odhaczyć możemy i kolejne metropolie – tym razem nie europejskie, a amerykańskie: Chicago, Nowy Jork i Berkeley) – nawet jeśli ich opisy faktycznie nie są już tak pasjonujące. Leniwi studenci kulturoznawstwa z radością je pominą.

Jarniewicz przygląda się zjawisku kontrkultury zarówno w kontekście terytorialnym, ale i konkretnych postaci lub dzieł, a na koniec po prostu pod kątem zjawisk społecznych czy szczególnych wydarzeń, jak choćby festiwal Woodstock.

Jarniewicz usiłuje sam sobie odpowiedzieć, czy „zostało coś z tamtych lat?”. Po tylu latach można już z dystansu ocenić naiwność haseł i postaw hipisów, choć ruch ten trzeba dziś uznać za konieczny i wielce pożyteczny. Doprowadził bowiem do większej swobody obyczajów w drugiej połowie lat 60., choć oczywiście nie wszystkie aspekty tej rewolucji były pozytywne – jak narkotyki, które co prawda „poszerzyły świadomość” rzeszy konsumentów, lecz zarazem schwytały w swe szpony parę wybitnych postaci. Autor skupił się oczywiście na socjologicznych aspektach tegoż „przewrotu”, a gdyby bardziej „siedział” w muzyce, drugi, najciekawszy rozdział (bo wszystkie trzy „demokratycznie” zajmują ok. 100 stron) zapewne nie ograniczałby się wyłącznie do największych ikon muzyki i zostałby rozbudowany o kolejnych nietuzinkowych bohaterów tamtych lat (osobiście brak mi szczególnie Neila Younga czy Joni Mitchell). Może obok The Beatles, Dylana, Cohena, Janis Joplin, Jima Morrisona, Jimi’ego Hendrixa, Patti Smith i The Rolling Stones znalazłoby się miejsce dla Tima Buckleya – którego rozwój artystyczny był tak imponujący, że pod kątem muzycznym był w zasadzie całkowicie osobnym zjawiskiem? Bo czy w całym ruchu nie chodziło o wolność – nie tylko osobistą, ale i artystyczną? Buckley zarazem mógłby być przykładem także tragicznym, ponieważ – by się utrzymać – w końcu musiał sprowadzić się muzycznie na bardziej komercyjne tory, zanim przedwcześnie odszedł z tego świata w wieku zaledwie 28 lat. Tak często wyglądało zderzenie ideałów z brutalną rzeczywistością. Wszak tak bliski mu Klub 27 swe pierwsze, najbardziej obfite żniwo zebrał właśnie wtedy – na przełomie siódmej i ósmej dekady XX wieku (on sam wytrwał tylko nieco dłużej, gdyż do 1975 roku).  A jednak tym „stowarzyszeniem” autor praktycznie się nie zajmuje.

Co ciekawe, Jarniewicz tylko udowadnia, że kontrkulturę na dobrą sprawę rozpoczął zespół, który nawet nie tyle wkroczył do głównego nurtu, co go czynnie kreował – i to w największej mierze. Generalnie podrozdziały „beatlesowskie” (jest ich aż trzy!) – choć wydumane, jak to często bywa, gdy badacze maglują temat z punktu socjologii czy kulturoznawstwa – ustrzegły się poważniejszych błędów, lecz do treści przedarło się nieco nieścisłości. Na słynnej okładce płyty Sgt. Pepper’s Lonelny Hearts Club Band wcale nie widnieją kwiaty marihuany, a ostatni „niekończący się” rowek tejże płyty nie zawiera „króciutkiego fragmentu jakiejś bełkotliwej wypowiedzi”, lecz gwoli ścisłości była to pijacka fraza „We’ll fuck you like a Supermen” puszczona od tyłu (co przyznał – nieco skrępowany – sam Paul McCartney). Również można doprecyzować, że na TYLNEJ okładce płyty John Lennon/Plastic Ono Band figuruje zdjęcie z dzieciństwa artysty, który zginął 8 grudnia 1980 roku, a nie dzień później.

Treść napisano naprawdę rewelacyjnie i całkiem przystępnie, z niezwykłą erudycją, a autorski ton ujawnia się jedynie sporadycznie.

Mimo takich błahych wpadek, wywody Jarniewicza zawierają same ciekawe postrzeżenia – szczególnie na temat parodystycznego charakteru beatlesowskiego Białego Albumu, a eseje Beatlesi – kapłani czy błazny popkultury? oraz John Lennon: sen się skończył to zasadniczo świetna, ciekawa analiza zaangażowanych piosenek autorstwa Lennona All You Need Is Love, Revolution (wersja albumowa) oraz Give Peace a Chance i God, których przekaz jest tak naprawdę niejasny, mocno niedopowiedziany, strasznie ironiczny. Szczególnie jak na kompozycje śpiewane gremialnie – a w kategoriach protest songów i hymnów to istny ewenement. Bo i nie było nigdy podobnego kuglarza ze smykałką do nośnych przekazów ubranych w tak chwytliwe utwory muzyczne.

Oj, czuję, że wykładowcy kulturoznawstwa chętnie sięgną po tę pozycję na potrzeby zajęć z kontrkultury – a nie było w tej materii godnej literatury po polsku. Wypadałoby, żeby ich studenci zapoznali się z pełną treścią powyższej publikacji, choć znając życie ograniczą się do Intra: Powidoków kontrkultury, ewentualnie Kody: Krajobrazu po burzy – pytanie tylko, czy za zgodą prowadzących czy wbrew (to by dopiero była reakcja kontrkulturowa!). Warto się przemóc, gdyż treść napisano naprawdę rewelacyjnie i całkiem przystępnie, z niezwykłą erudycją, a autorski ton ujawnia się jedynie sporadycznie – średnio zdarza się to raz w obrębie rozdziału, gdzie Jarniewicz pozwala sobie na jakieś „moim zdaniem” etc. – nie przytłacza więc wywodu swoją osobą. Dziwi tylko niekonsekwencja w stawianiu cudzysłowów i stosowania pochyłości (czasem zaobserwować można obie metody naraz!). Dodatkowo zawarto tu całkiem sporo fotografii, jak na publikację, która ich w zasadzie nie potrzebuje. Można zatem znaleźć tu parę ikonicznych zdjęć, gdyby ktoś poszczególnych kontrkulturowców jeszcze nie znał.

503496-352x500

All you need is love. Sceny z życia kontrkultury
Autor: Jerzy Jarniewicz
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Data wydania: 12.10.2016

 

Przeczytaj także:

Cena ustatkowanego życia, czyli „Ringo” [recenzja]

Niewolnicy konwencji, strażnicy konsekwencji. The Beatles: „1”

Beatlemania – opętanie czy obłęd? Cz. I

Coś się dzieje. „Lennon. Człowiek, mit, muzyka”

I opętanie, i obłęd. „Beatlemania” Szpejankowskiego