Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

Richard Bona, fot. Tom Beetz, CC BY 2.0/ źródło: Wikimedia

Muzyka

Rysiek: Król Żurka z Pipidówy. Richard Bona w Starym Maneżu [relacja]

16 listopada 2016

Ciężko znaleźć bardziej pogodną i pełną życia muzykę niż tę prezentowaną przez Richarda Bonę.

I faktycznie kameruński mistrz gitary basowej nie ukrywał 13 listopada zarówno znakomitej formy wokalno-instrumentalnej, jak i wybitnie dobrego humoru. Przekonywał, że był tu 2-3 lata temu. Nie mógł mieć na myśli konkretnie nowego klubu Stary Maneż (który zadebiutował 10 października 2015 roku mocnym akcentem, jakim był koncert Zbigniewa Wodeckiego z Mitch & Mitch, co relacjonowaliśmy) ani nawet Gdańska, bowiem to w dużo mniejszym gdyńskim klubie Pokład grał 23 października 2013 roku. Widać nawet zagranica traktuje Trójmiasto jako jedność.

Wygłupiał i popisywał się podczas solówek. Jedną, bodaj zaimprowizowaną naprędce, pieśń wykonał a capella przy pomocy samplera, którego nazywał maszyną voodoo. Okazuje się, że w zabawach z głosem o niepospolicie szerokiej skali niedaleko mu do Bobby’ego McFerrina (z którym zresztą zdarzało mu się współpracować). Ale nie tylko on triumfował, gdyż każdy instrumentalista miał chwilę dla siebie. Mandekan Cubano (łącznie sześciu muzyków obsługujących fortepian, puzon, trąbkę, perkusję oraz inne perkusjonalia – fajnie, że dla odmiany w składzie brakuje wszechobecnej gitary) dowcipny szef przedstawił jako Sexy Good-Looking Band. Żałuję, że nie siedziałem bliżej, by afrykańsko-kubańskie rytmy mogły mnie bardziej „otoczyć” – ale zapewne każdy z pełnej sali by tak chciał!

W zabawach z głosem o niepospolicie szerokiej skali niedaleko Richardowi do Bobby’ego McFerrina (z którym zresztą zdarzało mu się współpracować).

Bona-showman lubił zagadywać. Pochwalił się, że uwielbia grać w Polsce i wszyscy tu zwracają się do niego per Rysiek (co często podchwytywała publiczność, skandując tę wersję imienia Bony). Tytułował się Królem Żurku i przekonywał, że pochodzi z polskiej wioski Pipidówa, ale lepiej z nim nie zadzierać, bo zna każde miasto naszego, a raczej jego, kraju.

Lider przekomarzał się z nami w nieskończoność. Najpopularniejszą, namiętnie katowaną przez Marcina Kydryńskiego w swoich audycjach O sen sen sen wykorzystał jako pretekst do wspólnego śpiewu. Śmiesznie zrobiło się, gdy poprosił, by śpiewały tylko kobiety powyżej czterdziestki. Cisza na widowni, która wtedy zapanowała, rozbawiła artystę i nie pozostała bez jego hurra-optymistycznego komentarza. Zresztą ledwie chwilę wcześniej zadeklarował, że po koncercie będzie podpisywał płyty, a nawet rozdawał e-mail i numer telefonu, lecz zastrzegł – gdy pewien mężczyzna za bardzo się rozochocił – że tylko dziewczynom.

Na koniec blisko dwugodzinnego występu zaproponował niemal kołysankę, by z premedytacją widownię uśpić (trzeba się wyspać, bo jutro poniedziałek), którą wykonał w pojedynkę, uprzednio żartobliwie anonsując ją jako Pierogi Song. Rozpoczął od fortepianu, ale dokończył już na macierzystej basówce. Pod koniec wplatał polskie słówka i zwroty typu „idziemy do domu”, a nawet tytułową frazę ze standardu Summertime George’a Gershwina i nie ukrywał, że… nie wie jak zakończyć tę piosenkę. Coś czuję, że prędko tu wróci.