Czego szukasz?


Kategorie


Książka

Andrzej Perepeczko / źródło: YouTube.com (https://www.youtube.com/watch?v=_hkb4lbTl90)

Książka

Rajdery i u-booty spędzały sen z powiek Churchillowi – rozmowa z Andrzejem Perepeczką

5 listopada 2015

Do grudnia 1940 roku na 1 zatopiony niemiecki okręt podwodny przypadało ponad 25 utraconych handlowców alianckich! – przypomina legenda polskiej marynistyki.


Pierwsze 16 miesięcy II wojny światowej to niekończące się pasmo alianckich klęsk, od upadku Polski przez kampanię norweską po kapitulację Francji. Jedynym krajem na placu boju pozostała wówczas Wielka Brytania, nazywana „wyspą ostatniej nadziei”. Jej największy potencjał stanowiła marynarka wojenna – pierwsza siła na światowych wodach.

Zmagania Royal Navy z Kriegsmarine, a także walki na Morzu Śródziemnym czy dramatyczne losy Marine Nationale to tylko niektóre z tematów „Burzy nad Atlantykiem”. Opracowanie Andrzeja Perepeczki doczekało się wznowienia po 15 latach, a II tom serii właśnie pojawił się w księgarniach.

Zapraszamy do lektury rozmowy z autorem – legendą polskiej marynistyki, nie tylko o „Burzy”.

 

Andrzej Perepeczko / materiały prasowe

Andrzej Perepeczko / materiały prasowe

Tomasz Czapla: II tom „Burzy nad Atlantykiem” rozpoczynają Panowie opisem ataku Rzeszy na kraje Beneluksu. Jakby ocenił Pan przygotowanie ich marynarek do wojny? O ile Belgia nie posiadała praktycznie floty wojennej, to Holandia dysponowała poważnymi siłami morskimi. Świadczą o tym jej straty w wojnie z Niemcami, m. in. 4 niszczyciele, 7 okrętów podwodnych i 12 kanonierek.

Andrzej Perepeczko: W 1940 roku Belgowie posiadali tylko kilka okrętów, które można by sklasyfikować jako bojowe – dwa rozbrojone torpedowce, okręt ochrony rybołówstwa i niedokończony patrolowiec. Holendrzy byli wprawdzie w lepszej sytuacji – posiadali zarówno cięższe krążowniki, lżejsze niszczyciele, jak i flotę okrętów podwodnych, ale w zestawieniu z Kriegsmarine nie robiło to wrażenia. Poza tym, trzon tej marynarki znajdował się wówczas w Indiach Holenderskich (obecnie Indonezja – przyp. red.) i nie było możliwości wykorzystania go w wojnie w Europie. Łakomym kąskiem dla Rzeszy były za to siły kontynentalne i dlatego od początku kampanii skupiono się na ich ewakuacji do Wielkiej Brytanii. W ten sposób uratowano m. in. 2 krążowniki, 6 torpedowców i 7 okrętów podwodnych po stronie Holandii oraz kilkaset barek, pogłębiarek i holowników po stronie Belgii.

Rola Wielkiej Brytanii nie ograniczyła się zresztą do przyjęcia tych jednostek. Brytyjczycy zakładali, że kraje Beneluksu mogą ulec Rzeszy i już w 1939 roku opracowali plan działania Royal Navy w takiej sytuacji. Zgodnie z nim, stawiano zagrody minowe u wybrzeży holenderskich i blokowano tamtejsze porty. Brytyjskie okręty eskortowały także transport nad Tamizę zapasów złota Holandii i ewakuowały rodzinę królewską. Musimy jednak pamiętać, że główne działania toczyły się na lądzie i tam przewaga niemiecka była bezdyskusyjna. Warto jeszcze wspomnieć, że marynarze również walczyli z Wehrmachtem, w II tomie „Burzy” podajemy przykład załogi niszczyciela „Van Galen”, która przed zatopieniem okrętu zabrała z niego karabiny maszynowe oraz amunicję i kontynuowała walkę na kontynencie.

 

O ile w przypadku Belgii i Holandii flota nie miała decydującego znaczenia, to w kampanii francuskiej odegrała niemała rolę, mimo iż jej działania bojowe były ograniczone. Na czym ona polegała?

Myślę, że udział marynarki w walkach o Francję dotyczył dwóch aspektów. Pierwszy to ewakuacja wojsk alianckich, w tym największą z plaż Dunkierki – bez ogromnego wysiłku Royal Navy i brytyjskiej floty cywilnej nie udałoby się przebazować stamtąd na „wyspę ostatniej nadziei” prawie 340 000 żołnierzy. Alianci ponieśli wówczas poważne straty – podczas tej operacji zatonęło 6 niszczycieli, 19 zostało uszkodzonych, a niemal 1000 jednostek niewojskowych poszło na dno. Drugi aspekt dotyczy brytyjskiej walki o Marine Nationale, która mimo francuskich klęsk na lądzie pozostała niemal nietknięta. Jeszcze w trakcie kampanii jej dowódca, admirał Darlan, zakazał swoim okrętom zawijania do portów brytyjskich, z kolei Brytyjczycy uniemożliwiali francuskim jednostkom stacjonującym na Wyspach wyjście w morze. Chodziło o niedopuszczenie do przejęcia przez Rzeszę sił Marine Nationale, co poważnie zagroziłoby szlakom komunikacyjnym Wielkiej Brytanii. Początkowo ta rywalizacja toczyła się na poziomie dyplomatycznym, ale z czasem Churchill postanowił siłowo zneutralizować flotę francuską. W związku z tym, przeprowadzono operację „Catapult”, która zakończyła się m. in. zarekwirowaniem jednostek francuskich w brytyjskich portach i zagładą sił obecnych w Mers-el-Kébir (miasto w Algierii, wówczas francuskiej kolonii – przyp. red.).

Uwagę podczas lektury II tomu „Burzy” zwraca pewien paradoks. Choć Wielka Brytania miała silniejszą marynarkę wojenną od Niemiec, przez cały 1940 rok przegrywała kampanię morską. Z czego wynikała taka sytuacja?

Niemcy już w momencie rozpoczęcia konfliktu dysponowali słabszą flotą zarówno od Brytyjczyków, jak i Francuzów i nie mieli możliwości rozstrzygnięcia wojny morskiej w jednej walnej bitwie. Ich siły nawodne osłabiła dodatkowo kampania norweska, w której stracono 3 krążowniki i 10 niszczycieli. W tej sytuacji Kriegsmarine postawiła na działania okrętów podwodnych i wyprawy uzbrojonych handlowców – rajderów, których celem było zniszczenie żeglugi handlowej Brytyjczyków. Nadzwyczaj skuteczna okazała się zwłaszcza przyjęta przez dowódcę U-bootwaffe, admirała Doenitza, taktyka tzw. wilczych stad. Polegała ona na skoordynowanym ataku kilku u-bootów na wrogą jednostkę handlową i w pierwszym okresie bitwy o Atlantyk siała postrach wśród aliantów.
Nie mniej groźne były rajdy krążowników pomocniczych, które poruszając się na ogromnych przestrzeniach, atakowały handlowce innych bander i dezorganizowały aliancką żeglugę na oceanie. Utrata zaś połączeń komunikacyjnych z koloniami, z których Brytyjczycy czerpali żywność i materiały pędne, czy z USA, skąd pochodziła znaczna część sprzętu wojennego, groziła przegraną w całej wojnie. Fatalne dla nich okazało się też przejęcie przez Rzeszę portów w Skandynawii, krajach Beneluksu i Francji. W ten sposób o 500 mil skróciła się droga jednostek niemieckich na atlantyckie rejony operacyjne, co przekładało się na ich dłuższy pobyt w morzu i poszerzanie obszaru działań Kriegsmarine. Dzięki tym wszystkim czynnikom Niemcy w 1940 roku górowali w wojnie morskiej – w samym czerwcu ich ofiarą padło 140 statków alianckich o pojemności 600 000 BRT.

 

Powiedział Pan, że Kriegsmarine nie miałaby szans w bezpośredniej konfrontacji z Royal Navy. Przejęcie floty francuskiej wyrównałoby jednak układ sił i zwiększyłoby burza2902niewyobrażalnie siłę ognia marynarki Rzeszy. Aby zminimalizować taki rozwój wypadków, Churchill był gotów na wiele, nawet na zbrojną rozprawę z Marine Nationale. Doszło do niej w ramach operacji „Catapult” i chciałem zapytać, jak Pan ocenia taką postawę brytyjskiego premiera?

Churchill był politycznym pragmatykiem i w swoich decyzjach kierował się interesem Wielkiej Brytanii, nawet jeśli były to decyzje sprzeczne z honorem czy moralnością. Dostanie się francuskiej floty w ręce niemieckie stanowiło śmiertelne i, co ważniejsze, realne zagrożenie. Warunki francusko-niemieckiego rozejmu przewidywały bowiem m. in. powrót okrętów Marine Nationale do przedwojennych macierzystych baz. W wypadku realizacji tego punktu, znaczna część z nich znalazłaby się w portach kontrolowanych przez Niemców i łatwo stałaby się łupem Rzeszy. Wydaje się, że dla Churchilla pierwszeństwo miała dyplomacja, ale gdy nie udało się na tej drodze przejąć francuskiej marynarki, zdecydował się na rozwiązanie siłowe.

O ile w przypadku aresztowania jednostek Marine Nationale w Wielkiej Brytanii czy blokady francuskich sił w Aleksandrii obyło się bez rozlewu krwi, w Mers-el-Kébir doszło do starcia niedawnych sojuszników. W walkach zginęło 1300 francuskich żołnierzy, ale udało się za to unieszkodliwić silny zespół morski. Brzmi to okrutnie, ale dla brytyjskiego premiera każdy środek uświęcał cel – bezpieczeństwo ojczyzny. Podam Panu inny przykład – mimo że Brytyjczycy rozszyfrowali depesze niemieckie sugerujące atak na Gloucester, Churchill nie zdecydował się na ewakuację miasta. Konsekwencją nalotu Luftwaffe była śmierć niewinnych cywili, ale Niemcy nie zorientowali się, iż alianci znają ich plany. Dalsza historia pokazała, że przy wszystkich kontrowersjach były to słuszne posunięcia.

Największym zagrożeniem dla brytyjskiej floty handlowej, oprócz u-bootów, były rajdery. Poruszały się one po ogromnych obszarach oceanów i były trudne do wykrycia z powodu częstej zmiany wyglądu, nazwy i bandery. Chciałem zapytać o ich status – jak wyglądał on w kontekście ówczesnego prawa międzynarodowego?

Na wstępie muszę przypomnieć, że pod pojęciem rajderów rozumiemy statki handlowe, które posiadały starannie zamaskowane uzbrojenie. Kluczem do ich sukcesu była taktyka – ucharakteryzowane na statek innej bandery, najczęściej neutralnej, podpływały maksymalnie blisko wrogiej jednostki i dopiero wówczas otwierały ogień. Przy dysproporcji w uzbrojeniu zaatakowany statek nie miał szans, a kamuflaż rajdera utrudniał jego rozpoznanie. Na marginesie dodam, że koncepcja wypraw krążowniczych nie była niczym nowym, Niemcy stosowali ją już w I wojnie światowej.

Uzbrajanie statków handlowych podczas II wojny światowej regulowały przepisy VII Konwencji Haskiej. Zgodnie z nimi, handlowiec przemieniany w okręt wojenny, powinien m. in. znajdować się pod dowództwem oficera marynarki wojennej, a także zostać umieszczony w spisie jednostek sił morskich danego państwa. Rajdery nie spełniały żadnego z tych wymogów, a ich wyposażenie wskazywało ewidentnie na charakter militarny. Na przykład „Atlantis” (były motorowiec „Goldenfels”) posiadał po przebudowie 13 dział z zapasem niemal 1400 pocisków, cztery wyrzutnie torped i 92 miny. Zwróciłbym uwagę na jeszcze jeden, przeważnie pomijany w opracowaniach fakt. W pierwszej połowie XX wieku w większości marynarek wojennych przywiązywano dużą wagę do pojęcia honoru. Krążowniki pomocnicze były zaś jego zaprzeczeniem, zarówno ze względu na kamuflaż, jak i częste atakowanie bez ostrzeżenia. Możemy mówić, że takie były realia, ale Rzesza przodowała w łamaniu niepisanych zasad podczas II wojny światowej.

II tom „Burzy” kończy się w grudniu 1940 roku – 16 miesięcy od początku bitwy o Atlantyk. Czy mógłby Pan podsumować krótką ówczesną sytuacji militarną aliantów i państw osi?

Z naszego punktu widzenia, czyli sprzymierzonych, wojna na morzu wyglądała dramatycznie. Niemiecka taktyka wilczych stad zdała egzamin w praktyce, a wypady krążownicze Rzeszy, zarówno ciężkich okrętów, jak i rajderów, dezorganizowały brytyjskie linie zaopatrzeniowe. Sytuacja pogorszyła się po wejściu Włoch do konfliktu, gdy Royal Navy musiała zaangażować swe siły na jeszcze jednym teatrze wojennym – Morzu Śródziemnym. Z perspektywy czasu możemy też dziękować Hitlerowi, że nie zdecydował się na inwazję na wyspy brytyjskie. Choć Niemcy po kampanii norweskiej stracili trzon ciężkich sił, mogli zaryzykować desant i jego powodzenie oznaczałoby klęskę koalicji antyhitlerowskiej. Poza tym, kapitulacja Francji stworzyła zagrożenie przejścia Marine Nationale na stronę Rzeszy, ale Brytyjczycy w porę je zażegnali. Gdybym jednak miał wskazać główne niebezpieczeństwo dla Royal Navy w tym okresie, to byłyby to u-booty. Do grudnia 1940 roku na 1 zatopiony niemiecki okręt podwodny przypadało ponad 25 utraconych handlowców alianckich! Dopiero wprowadzenie radarów i budowa jednostek przeciwpodwodnych – korwet czy fregat – poprawiły sytuację, ale była to jeszcze melodia przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

<p><strong>Wydawnictwo Oskar</strong></p> <p>ul. Otwarta 5a,<br /> 80-169 Gdańsk</p> <p><a href="http://www.wydawnictwooskar.pl" target="_blank">www.wydawnictwooskar.pl</a><br /> <a href="http://www.maszoperia.org" target="_blank">www.maszoperia.org<br /> </a></p> <p> </p>