Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

mat. prasowe

Muzyka

Niedostatecznie połoskotany. Łoskot w Teatrze Szekspirowskim

20 listopada 2017

Można odnieść wrażenie, że panowie z Łoskotu już się wyszumieli i nie czują potrzeby popisywania się. Stąd pewnie obecność w Teatrze Szekspirowskim bardziej wyciszonych kompozycji, choć wciąż całkiem zadziornych, niepozbawionych motorycznego nerwu tak niezbędnego w muzyce jazzowej. Przynajmniej w tej fajniejszej odmianie.

Z początku było tak cicho, że przy odrobinie szczęścia muzycy mogliby dosłyszeć moje strzelanie knykciami. Tak intymnego, klimatycznego wprowadzenia zabrakło na imprezie Artura Rojka. Kwartet odżegnuje się od przeszłości i nie gra nic z pierwszych czterech płyt, a setliście blisko do programu z tegorocznego Off Festivalu. Ów Official Bootleg – ograniczony do zaledwie 500 ręcznie numerowanych egzemplarzy – można było nabyć zaraz po występie osobiście u muzyków. Jednak obok dzieł reprezentujących solowe projekty muzyków nie dało się znaleźć poprzednich dokonań Łoskotu.

Dopiero po skończeniu pierwszej kompozycji o długości kwadransa Mikołaj Trzaska przedstawił zespół. O dziwo, wyglądał na strasznie stremowanego. Ciekawe tylko czym – po tylu latach zawodowego grania, w dodatku rodzinnym mieście? Momentalnie jednak odpłynął w Kisząc kwiaty. Niedługo później porozumiał się z resztą załogi i wykonano Masakrę w czekoladzie. Z pewnością pojawił się także Brak żetonu, który rozpoczyna partia kontrabasu w wykonaniu Ola Walickiego.

Nowym nabytkiem obecnego składu jest Macio Moretti, który w nowej odsłonie kwartetu – po dwunastu latach grania oraz tyluż lat niebytu – zastępuje Tomasza Gwincińskiego na perkusji. W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim dała o sobie znać złośliwa natura frontmana Mitch & Mitch (gdzie, jak pamiętamy, udziela się jako basista): gdy Trzaska długo produkował się przed publicznością, ten wieczny zgrywus („12-latek”, jak nabijał się konferansjer w Katowicach, choć gwoli ścisłości skończył już 42 lata) robił hałas, bawiąc się mikrofonem. Ale jedno się nie zmieniło: gitara Piotra Pawlaka wciąż schowana jest daleko na drugim, jeśli nie dalszym planie. Z pierwszego rzędu łatwiej było jego grę dostrzec niż usłyszeć.

Po równej godzinie grania zapowiadany jest już ostatni utwór. Nie wiem, czy to kwestia braku obszerniejszego repertuaru na chwilę obecną, ale muzycy swój występ zakończyli już po 75 minutach, a – co gorsza – w ramach bisu wyłącznie się ukłonili.

Różnie to bywa w starciach z zespołami kultowymi. Proszę wybaczyć, lecz nie czułem się dostatecznie połoskotany.