Czego szukasz?


Kategorie


Film

źródło: Gutek Film

Film

Nie znasz dnia ani godziny, czyli Bóg w czasach cyfryzacji. „Zupełnie nowy testament” [recenzja DVD]

5 stycznia 2017

Trochę dziwne, że w katolickim kraju tak bluźnierczy (bardziej niż Pythonowski „Żywot Briana”) obraz przeszedł zupełnie bez echa. A przecież ci, którzy filmu nie widzieli, powinni protestować najgłośniej!

Biorąc na warsztat tematykę biblijną, reżyser nawet nie tyle prosi się o szczególne traktowanie, co taką sytuację wymusza. Nietrudno o oburzenie sporej części społeczeństwa. Niezmiernie łatwo o odrzucenie i niezrozumienie dzieła. Ale i łatwo w tym wypadku o żenadę, powierzchowność, niesprostanie oczekiwaniom głębokiej treści Pisma Świętego czy zwykłą tandetę. Ale nie musi się tak skończyć – można temat ugryźć naprawdę interesująco (vide piękne Ostatnie kuszenie Chrystusa Martina Scorsese na podstawie głośnej książki Nikosa Kazandzakisa czy nawet najpoważniejsza komedia wszech czasów, czyli Żywot Briana).

Mamy okazję spojrzeć na kwestie wiary, dogmatów etc. od strony, delikatnie mówiąc, „niekanonicznej”, ale nad całością nie unosi się żadna głębsza refleksja, na którą można byłoby liczyć.

Aż przypomina się charakterystyczny refren Blasphemous Rumours, niedocenianej pieśni Depeche Mode z wczesnego etapu kariery: „I don’t want to start any blasphemous rumours, but I think that God got a sick sense of humour and when I die I expect to find Him laughing”. Podobnie tutaj ma On „chore” poczucie humoru, które opiera się głównie na tym, by wszystkich ze sobą skłócić. Nie bez kozery mówi się, że zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo…

Bóg (Benoit Poelvoorde) to zasadniczo złośliwy manipulator o nader wybuchowym temperamencie; niejako twórca wszystkich praw Murphy’ego. Wcale nie jest dobroduszny, miłościwy i wyrozumiały. Udręka ludzka go bawi. Jest despotyczny, ma obsesję na punkcie władzy i panikuje w obliczu widma utraty autorytetu. Zżera go nawet zazdrość z powodu miłości córki Ei (Pili Groyne) do matki (Yolande Moreau). Należałoby go poskromić: przydałoby mu się surowe wychowanie, wręcz prosi się o solidne lanie!

Co ciekawe, wcale nie jest wszechmogący i wszechwiedzący, a motywuje go bezustanna żądza władzy (co bardziej upodabnia go do wodza, dyktatora aniżeli biblijnego Stwórcy). Ba, sam nie bardzo odnajduje się w zaprojektowanym przez siebie świecie. Kompletnie nie potrafi tu funkcjonować (i oczywiście nikt nie wierzy, że jest Bogiem – wszyscy biorą go za szaleńca). W sumie nic w tym dziwnego, skoro nie ma kontaktu ze światem realnym, gdyż kontroluje go za pomocą (skądinąd nie najnowszej generacji) komputera… Brzmi znajomo, nieprawdaż?

Jednakże ten „zaczyn” razi przedstawieniem najważniejszej dla świata wierzącego postaci w formie karykaturalnej, jak gdyby tylko po to, by włożyć kij w mrowisko. Jednakże wedle materiałów promocyjnych zdawałoby się, że będzie to wizja bardziej niesmaczna niż w rzeczywistości. Dobrze to sformułował Michał Walkiewicz, że fantazja Dormaela jest „obrazoburcza w stopniu niewielkim, w gruncie rzeczy pocieszna i niegroźna”. Wiadomo: mamy okazję spojrzeć na kwestie wiary, dogmatów etc. od strony, delikatnie mówiąc, „niekanonicznej”, ale nad całością nie unosi się żadna głębsza refleksja, na którą można byłoby liczyć. Zatem potencjał świetnej satyry na alarmująca kondycję współczesnego świata nie został w pełni wykorzystany przez usypiającą przewidywalność. A w komedii to grzech najcięższy.

Film zupełnie niespodziewanie i właściwie bezzasadnie uznany został za najlepszy zagraniczny obraz wedle tygodnika „Polityka”.

Jedyna ciekawa strona koncepcji Dormaela to katastrofalne skutki ludzkiej wiedzy na temat daty własnego zgonu. Psotliwa córka Boga, wchodząca właśnie w buntowniczy okres dojrzewania, by odegrać się na trudnym, nieczułym ojcu, „skumała się” z bratem Jezusem i – chcąc udowodnić, że będzie lepszym władcą – wysyła wszystkim ten osobliwy „licznik” SMS-em. Bohaterowie wiedzący, kiedy przyjdzie ich czas, ani myślą pracować – teraz na tapet wkracza życie duchowe, które odradza się Zupełnie na Nowo. Chyba lepiej, by ludzkość nie znała „dnia ani godziny”…

Choć mnóstwo tu zabaw kontekstem biblijnym (córka chodzi po wodzie, tak jak jej słynny brat, lecz ojciec pływać nie potrafi), SMS-owy przewrót to właściwie wszystko, co proponuje Jaco Van Dormael, jeśli chodzi o ciekawsze zabiegi fabularne. A zapowiadało się na dobry Nowy Początek: córka szuka 6 nowych apostołów, by łącznie z dwunastoma „właściwymi” udało się stworzyć ekipę na wzór osiemnastoosobowej drużyny bejsbolowej – sportu tak znienawidzonego przez „Starego”. Nowi uczniowie – którym dziewczynka sprawdza „muzykę duszy” i wymyśla sny – mają pomóc jej stworzyć tytułowy Zupełnie Nowy Testament. Apostołowie oczywiście będą z kompletnie odmiennych bajek, pardon, przypowieści, by gładko wpisać się w biblijno-komediową konwencję, ale to towarzystwo multi-kulti wcale nie wzbogaca przesłania filmu. To tylko dorysowywanie postaci do gotowego obrazu…

Film zupełnie niespodziewanie i właściwie bezzasadnie uznany został za najlepszy zagraniczny obraz wedle tygodnika „Polityka”. Najświętsza prawda wygląda jednak tak, że rozwinięcie akcji nie dorównuje punktowi wyjścia, zatem druga połowa się dłuży, gdyż niczego się po niej nie spodziewamy. Wyszła trochę „niedorobiona” komedia, która bardziej ciekawi niż śmieszy. Sądzę, że nawet Bóg twórcom tego nie wybaczy.

zupelnie-nowy-testament-dvd

Zupełnie Nowy Testament
Reżyser: Jaco Van Dormael
Występują: Benoît Poelvoorde, Yolande Moreau, Catherine Deneuve, Anna Tenta, Pili Groyne
Kraj produkcji: Belgia, Francja, Luksemburg
Data premiery: 1 stycznia 2016
Data premiery DVD: 2 grudnia 2016
Język oryginalny: francuski
Gatunek: komedia
Czas trwania: 113 min