Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

Life of Agony, fot. Biha / CC BY-SA 3.0 de, źródło: Wikimedia

Muzyka

Nie ma przebacz. Life Of Agony w Starym Maneżu [relacja]

24 listopada 2016

Zaledwie parę dni temu relacjonowaliśmy występ Asafa Avidana – mężczyzny o kobiecym głosie. Teraz przyszło nam posłuchać transseksualnej wokalistki, która wciąż brzmi jak mężczyzna.

Zaledwie parę dni temu relacjonowaliśmy występ Asafa Avidana – mężczyzny o kobiecym głosie. Teraz przyszło nam posłuchać transseksualnej wokalistki, która wciąż brzmi jak mężczyzna. No, może odrobinę wyżej śpiewa. Zmiana płci Miny (wcześniej Keitha) Caputo była zresztą dominującym tematem wśród uczestników koncertu.

Rozstrzał stylistyczny oferty Starego Maneża jest imponujący. Klub rozpoczął działalność za sprawą Wodeckiego z Mitch & Mitch. Często wpadają tu Polacy (vide chociażby Ania Dąbrowska), ale największą atrakcją są oczywiście gwiazdy zagraniczne. Fish zaprezentował repertuar kultowego albumu Misplaced Childhood macierzystego, hołubionego w naszym kraju prog-rockowego zespołu Marillion. Po drodze mogliśmy posłuchać nestorki muzyki popularnej Marianne Faithfull, wirtuoza kontrabasu i żywej legendy jazzu Rona Cartera czy uznanej folk-rockowej songwriterki Suzanne Vegi, co łatwo byłoby sobie wyobrazić np. na deskach Żaka. Odbył się tu nawet Little Festival. Nie tak dawno zawitali tu duńscy indie-rockowcy z The Raveonettes, a w ostatnich dniach można było doświadczyć tak różnych przeżyć, jak występy indie-elektro-popowego duetu Junior Boys czy „kameruńskiego Stinga” Richarda Bony. A to tylko skromna lista eventów, na których nas nie zabrakło. Teraz dostajemy imprezę, która jak ulał pasowałaby do (z reguły) cięższych klimatów Ucha lub B90.

Zanim jednak zaprezentowali się hardrockowi nowojorczycy z Life Of Agony, punktualnie na scenę wkroczył niegdyś popularny (także w Polsce) niemiecki band Pyogenesis z 26-letnim stażem. Mimo pustek na sali, dali naprawdę porządny, trzykwadransowy występ złożony z między innymi takich utworów, jak Flesh and Hair czy Don’t You Say Maybe. Pod koniec występu wokalista i gitarzysta Flo Schwarz przyznał, że jedyne słowa, jakie zna po polsku, to jesteś bardzo ładna… Chyba niewiele więcej potrzebuje, by przeżyć w naszym kraju.

Life of Agony podczas koncertu skupili się na słynnym debiucie River Runs Red, z której pochodzi aż 7 utworów zaprezentowanych tego wieczora.

Life Of Agony weszli na scenę o 21.15. Co interesujące, wcale nie skupiono się ani na nadchodzącej płycie A Place Where There’s No More Pain (zaledwie jeden numer), ani nawet poprzedniej Broken Valley z 2005 roku (Love to Let You Down). Ba, byli tak konsekwentni, że również i trzeci album Soul Searching Sun miał zaledwie pojedynczego reprezentanta, czyli znakomite Weeds. Z kolei z drugiego, bodaj najbardziej przebojowego, albumu Ugly usłyszeliśmy już „aż” dwie kompozycje: charakterystyczną Lost at 22 oraz Other Side of the River (a gdzie How it would be??). Zatem na czym się skupili? Oczywiście na słynnym debiucie River Runs Red, z której pochodzi aż 7 utworów zaprezentowanych tego wieczora: już na dobry początek utwór tytułowy i This Time, następnie Method of Groove i Respect, a na zakończenie potrójną wiązankę Through and Trough, Bad Seed oraz Underground.

Kwartet z trzema instrumentami (gitara Joeya Z. + bas Alana Roberta + perkusja Sala Abruscato) brzmiał cokolwiek porządnie, jednak największym mankamentem nagłośnienia zdecydowanie był czwarty element układanki. Gdyby tylko umiejętnie pogłośnić wokal Caputo, wszystko byłoby na swoim miejscu. Frekwencja była tym razem przyzwoita, lecz po raz kolejny dał się we znaki wewnątrztygodniowy termin wydarzenia. Jestem ciekaw, czy gdyby wtorek (15 listopada) wypadł dziwnym trafem w weekend, to sala byłaby wypełniona nie w połowie, ale w całości? Rozczarowało jednak coś zgoła innego.

Po zaledwie godzinie muzycy zeszli ze sceny, zapowiadając, że jeszcze tu kiedyś wrócą. Jakie było powszechne zdziwienie, że słowa te należało potraktować dosłownie – jako zapowiedź, że bisów nie będzie. Na nic zatem zdały się blisko 10-minutowe starania zgromadzonych i wygłodniałych muzyki uczestników koncertu – wpierw „osamotnione”, a następnie zagłuszające puszczony podkład ewidentnie sygnalizujący, że muzycy już się nie pojawią. I faktycznie artyści zbagatelizowali usilne prośby. Co jest z jednej strony dosyć zaskakujące, bo przyjęcie mieli bardzo entuzjastyczne (poza jednym wyraźnie nietrzeźwym delikwentem, którego wykrzykiwane hasła pozostały w większości niezrozumiane przez członków zespołu, jak i współtowarzyszy zabawy), ale można taką decyzję jeszcze zrozumieć. Jednak braku How it would be to ja im nie wybaczę.