Czego szukasz?


Kategorie


Hip-hop

Hip-hop

Mózg rozjechany. Kaliber 44 i „Księga tajemnicza. Prolog” w B90 [relacja]

25 kwietnia 2017

Stuku-puku idą goście/Drzwi, otwórzcie się na oścież! Inaczej, jak od charakterystycznego prologu, nie dało się rozpocząć się tego show. A dalej kolejność szła zgodnie z właściwym porządkiem utrwalonym na płycie sprzed 20 lat.

W zasadzie zaproponowano prawdziwe przedstawienie: przygotowany wcześniej lektor streszczał historię Kalibra 44 (często nazbyt poważnie, ale o swego rodzaju ceremonię tu chyba chodziło), powracając z nowymi wątkami co parę utworów. Ów zabieg tylko podkreślił historyczne znaczenie krążka sprzed dwóch dekad. Można tylko przyczepić się do niuansów odrobinę nazbyt pompatycznej treści: może i Księga tajemnicza. Prolog rzeczywiście była jedyną polską płytą rapową w 1996 roku, lecz raczej nie byli najpierwsi z pierwszych, skoro rok wcześniej wyszedł niezatytułowany debiut Wzgórze Ya-Pa 3 oraz Alboom Liroya.

W piątkowy wieczór energii było nawet ponad miarę, co jednak nie do końca przekładało się na wrażenia słuchowe. Zamglonemu, mało wyrazistemu brzmieniu pełnego składu instrumentów (gitara, bas, bębny i klawisze) brakowało selektywności (szczególnie nie dało się dosłyszeć gitary, jeśli ktoś bardzo się nie postarał), ale właściwie nikogo to za bardzo nie obchodziło. Podobnie było z wizualizacjami, na które pewnie mało kto spoglądał, jeśli miał dobrą widoczność na hipnotyzujących, charyzmatycznych, wciąż nadskakujących braci. Usłyszenie na żywo repertuaru dla wielu bardzo ważnej płyty, na której wychowało się (czasem trochę wbrew swej woli, jak autor tych słów) pokolenie urodzone w latach 80. (ewentualnie na przełomie następnej dekady), samo w sobie było wystarczającą nagrodą.

Zaproponowano prawdziwe przedstawienie: przygotowany wcześniej lektor streszczał historię Kalibra 44, powracając z nowymi wątkami co parę utworów.

Obaj panowie (szczególnie na początku) brzmieli jakby nawdychali się helu albo zaprzeczali prawom biologii i ich głosy stają się coraz wyższe. Szczególnie Joka zdawał się przezwyciężyć nadwerężone gardło. Oczywiście obaj dobiegający już czterdziestki bracia nie mają już tego młodzieńczego wigoru, toteż często delikatnie ułatwiali sobie robotę, nieznacznie redukując własne partie, by nadążyć za rytmem i nie stracić tchu. I raczej nikt nie miał o to żalu. Przynajmniej dzięki temu mieliśmy okazję usłyszeć nieco inne podejście do tematu niż powielone kropka w kropkę wykonania z płyty.

Oczywiście nie tylko kwestie wiekowe uniemożliwiły odbiór poszczególnych numerów 1:1. Najczęściej bracia Michał i Marcin dzielili między siebie magiczne zwrotki Piotra Łuszcza (Usłysz mój głos, Brat nie ma już miłości dla mnie, Psychoza, Więcej szmalu 2, Psychodela), jednak i tak doskwierał brak trzeciego gardła. Często głos wielkiego nieobecnego przebijał się na chwilę z podkładu, a na dłużej wybrzmiał w zwrotkach dwóch pieśni sławiących marihuanę Nasze mózgi wypełnione Marią i Do boju zakon Marii oraz erotyka Bierz mój miecz i masz.

Abradab najbardziej mógł się wykazać w To czyni mnie innym od was wszystkich. To on głównie zabierał głos, lecz nie przesadzał z konferansjerką. Rozgadał się tylko przed kultowym + i –, by oddać hołd zmarłemu koledze i podkreślić jego walny wkład w powstanie tego genialnego materiału, a jednocześnie zapowiedział gościnny występ jego syna. „O, trochę was więcej”, zagaił Fejz, którego mogliśmy wcześniej posłuchać jako „przystawkę”. Filip Łuszcz odznaczał się dosyć osobliwą prezencją z nieustannie przygarbioną sylwetką, przede wszystkim jednak znakomicie zmałpował siłowy wokal ojca. Pewnego podobieństwa można było się rzecz jasna spodziewać, lecz łatwiej byłoby uwierzyć, że znów słyszymy „gotowca”. Fejz zrezygnował jedynie z odtworzenia słynnych konwulsyjnych pisków Magika, tak charakterystycznych i potęgujących paranoiczny wydźwięk tego emocjonalnego i bezdyskusyjnie fenomenalnego kawałka. A wciąż żywy śp. Brat Joka miał oczywiście swoje 5 minut zaraz później w równie rewelacyjnej Mojej obawie (Bądź a klęknę), choć w wersji live AD 2017 nie brzmi już tak pasjonująco, jak na debiucie fonograficznym. Po niej została już tylko Psychodela na (chwilowe) zamknięcie.

Odegranie pełnego zestawu legendarnego krążka zajęło Martenom dokładnie godzinę, toteż mogliśmy liczyć na sporą dokładkę. Na blisko półgodzinny bis wyszli już sami, bez zespołu towarzyszącego – jedynie z niejakim Jaroszem odpowiedzialnym za podkłady. Przepaść ciężaru gatunkowego między jednym a drugim setem była ogromna. Nie było już mowy o psychodelicznym psychorapie, bo kawałki z wszystkich kolejnych trzech płyt niestety bardzo już przypominają typowy flow polskiego hip-hopu.

Zaczęli oczywiście od przypomnienia zeszłorocznego Ułamku tarcia w postaci kawałków (Why is it) Fresh?, Rok uniesionych w górę rąk oraz najbardziej autobiograficzny Nieodwracalne zmiany. Później sukcesywnie cofali się w dyskografii do 3.44 (Normalnie o tej porze, Konfrontacje) i W 63 minuty dookoła świata (Międzymiastowa i Film). Tym samym usłyszeliśmy w zasadzie wszystko, co musiało się pojawić spośród późniejszych klasyków duetu.

Bracia mogliby się dwoić i troić, lecz zmarłego nie da się zastąpić. Gdyby życie inaczej się potoczyło i Magik mógł jakimś cudem pojawić się w zeszły piątek, Kaliber z pewnością rozjebałby mój mózg.