Czego szukasz?


Kategorie


Film

The Rolling Stones, fot. Jim Pietryga/ źródło: Wikimedia, CC BY-SA 3.0

Film

Komunały aktualne. „Rolling Stones: Sweet Summer Sun: Hyde Park Live”

29 lipca 2016

To niewiarygodne, jak energiczny występ potrafi dać garstka ludzi, których łączny wiek będzie można wkrótce liczyć w tysiącach lat. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać do formy wykonawczej The Rolling Stones, gdyż to marka sama w sobie. Jednak obserwując twarze – zarówno biernych, jak i czynnych – uczestników koncertu, nie sposób nazwać wydarzenia mianem „emeryt party”.

Niestety pokaz Multikina Sweet Summer Sun: Hyde Park Live to wersja okrojona. W zalewie klasyków nie znalazło się miejsce na żadną ciekawostkę. Poza Doom and Gloom – ostatnim, jak dotąd, upublicznionym utworze The Rolling Stones (którzy rzekomo następcę studyjnego krążka A Bigger Bang mają już na ukończeniu). Mniej znana Before They Make Me Run nie zmieściła się już w metrażu – podobnie jak większe pewniaki w postaci Tumbling Dice i Emotional Rescue. Najbardziej jednak boli brak starego, dobrego Paint It Black.

Pokaz Multikina Sweet Summer Sun: Hyde Park Live to wersja okrojona. W zalewie klasyków nie znalazło się miejsce na żadną ciekawostkę. Poza Doom and Gloom – ostatnim, jak dotąd, upublicznionym utworze The Rolling Stones

Największą atrakcją akurat tego wydarzenia był gościnny udział człowieka, który w Stonesach debiutował właśnie na tej scenie 5 lipca 1969 roku, co uwieczniono przez telewizję i w końcu wydano po 37 latach na DVD jako The Stones in the Park. 6 i 13 lipca 2013 celebrowano z kolei 50-lecie zespołu. Być może właśnie owa okoliczność skłoniła Micka Taylora – który spędził w obozie Włóczęgów tylko pół dekady, załapując się akurat na najlepsze albumy zespołu – do gościnnego występu. Brzuchaty i wyraźnie stremowany usiłował zachować stoicki spokój przede wszystkim w bardzo długim, lecz nienużącym Midnight Rambler, ale dodatkowo także w wieńczącym całość Satisfaction. Pod względem instrumentalnym była to rzeczywiście solidnie „odwalona” robota. Podziwiać można jeszcze saksofonistę Bobby’ego Keysa, który dołączył do największej orkiestry świata zaledwie rok po rejestracji.

Kto inny jednak pochwalił się, że wciąż mieści się w koszulę z pamiętnego występu sprzed naprawdę wielu lat. Nie chcę powtarzać komunałów, iż „nie wygląda na swój wiek”, ale no kurczę – coś tu się nie zgadza. Tak nie wygląda i nie rusza się człowiek, który – znając jego legendarne, niespożyte libido – mógłby być moim (pra)dziadkiem. Multikino zorganizowało pokaz dwa dni po jego 73. urodzinach.

Piszę „on”, bo wiadomo wszak o kogo chodzi. Przecież nikt nie zwraca uwagi na kogokolwiek innego. Ale nie tylko Mick Jagger śpiewał, bowiem i Keith Richards miał swój tradycyjny muzyczny kącik. A showman posłusznie zszedł ze sceny na czas udanego wykonania You Got the Silver i porywającego jak zwykle Happy.

A Jagger jak to Jagger. Śpiewał o mężczyznach walczących na ulicach i kobietach ze spelun. O dwuznacznym (trójznacznym?) brązowym cukrze oraz o tym, jak nie jest w stanie osiągnąć satysfakcji, gdyż nie zawsze można dostać tego, czego się pragnie. Żegnał Ruby Tuesday, wcielał się w Jumpin’ Jack Flasha, szukał schronienia i współczuł samemu diabłu.

Banały? Owszem. Lecz wciąż aktualne. W końcu to tylko rock’n’roll – a on go najwyraźniej lubi. To go ewidentnie rusza. Jeszcze zatęskni za aplauzem stutysięcznej publiczności.