Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

materiały prasowe

Muzyka

Gest doceniony. Mulatu Astatke w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim [relacja]

26 stycznia 2016

Ojciec ethio jazzu zaprezentował  kompozycje pochodzące głównie z początków kariery, serwując porcję ujmującej muzycznej egzotyki.

Mulatu Astatke (rocznik 1943), mimo wielu lat kariery, nie ma zbyt wielu płyt na koncie. Nie wspominam o tym bez przyczyny. Mieszkańcy trzeciego świata – nieskażeni nadmiernym konsumpcjonizmem – potrafią bowiem cieszyć się muzyką szczerzej niż cyniczni Europejczycy. Nie ma zatem argumentu, że „znowu grają to samo, napisaliby lepiej coś nowego”. I bez znaczenia pozostaje fakt, iż mistrz 24 stycznia w Teatrze Szekspirowskim zaprezentował zbliżony repertuar zamykający się w wymiarze półtoragodzinnym, który wykonuje na koncertach od dawna. Tak naprawdę nie jest ważne, ile zagrał utworów, jak długo trwały i z jakiego albumu pochodziły. Ważne, że od muzyków bije zaraźliwy entuzjazm. Kiedy, jak nie wtedy, najlepiej oddać się całkowicie we władanie sączących się dźwięków ze sceny?

Tym niemniej z kronikarskiego obowiązku wypada przybliżyć setlistę. A większość zaprezentowanych kompozycji rzeczywiście pochodziło jeszcze z początków kariery ojca ethio jazzu, tj. przełomu siódmej i ósmej dekady XX w. Usłyszeliśmy melodie, które można znaleźć na płytach: Mulatu of Ethiopia z 1972 roku (zagrany na bis Mulatu), dwa lata późniejszej Ethio Jazz (Dewel, Netsanet, Yekermo Sew, Yekatit oraz Yegelle Tezeta kojarzonej przede wszystkim z filmem Broken Flowers Jima Jarmuscha, który to „przedstawił” go szerszemu gronu), a także utwory dopiero wydane wiele lat po rejestracji na różnych kompilacjach, jak Tsome Diguwa (klimatycznie bliska dokonaniom projektu Petera Bucka z R.E.M.: Tuatara), które otworzyło występ, czy Azmari, które płynnie przeszło w Chik Chikka. Szczęśliwie, nie zabrakło też dwóch fragmentów niedawnej Mulatu Steps Ahead nieco w innym stylu – jak gdyby mniej afrykańskim, co sugerują już same angielskie tytuły – mianowicie The Way To Nice oraz Motherland.

Muzycy nie krępowali się odpłynąć w improwizacjach, dzięki temu można było delektować się takimi smaczkami nieco dłużej niż poprzez słuchanie oryginalnych nagrań.

Sam mistrz o zachrypniętym głosie zapowiadał prawie każdy utwór wieczoru. Za to bez zarzutu brzmiały jego partie – obojętnie, czy to był wibrafon, konga, bongosy i kotły, czy klawisze Wurlitzera i fortepianu. Towarzyszyła mu siódemka instrumentalistów, która zapewniła etiopskiemu liderowi solidną ścianę dźwięku. Brzmienie było całkiem przyzwoite, choć w natłoku brzmieniowym często ginęły partie klawiszy i wiolonczeli. Nieco lepiej sprawa się miała z kontrabasem, pełniącym tu przecież szalenie ważną rolę swoistej podstawy niemal wszystkich wykonanych kompozycji. W muzyce Astatke ważną rolę pełnią także dęciaki (saksofon i trąbka jako bardzo „ekspresyjne” instrumenty nie miały problemu z przebiciem się), ale najbardziej hipnotyzująca zawsze była warstwa instrumentów perkusyjnych, wspieranych przez klasyczny zestaw bębnów – szczególnie w takich utworach, jak: Yekatit, Netsanet czy Mulatu. A dzięki temu, że muzycy nie krępowali się odpłynąć w improwizacjach, delektować się takimi smaczkami można było nieco dłużej niż poprzez słuchanie oryginalnych nagrań.

Miejmy nadzieję, że kolejna porcja ujmującej muzycznej egzotyki w Trójmieście nie ograniczy się wyłącznie do kolejnej edycji Siesta Festivalu – bo żywe legendy nie mogą odwiedzać nas codziennie. Inna sprawa, że uczymy się doceniać takie gesty – bo w zeszłą niedzielę w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim stawił się zaiste niemały tłum, który zdołał niemal szczelnie wypełnić aulę.