Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

George Martin i Beatlesi/ © 1966 Capitol Records

Muzyka

George Martin nie żyje

9 marca 2016

Darujmy sobie szukanie „piątych Beatlesów”, których nadgorliwi „znawcy” mogliby naliczyć z kilkunastu. George Martin był jedynym, który na ten tytuł naprawdę zasłużył.

Żaden z jego konkurentów tak bardzo nie wzbogacił muzyki kwartetu, jak wierny producent, który stał się legendą już za życia. Bez niego spuścizna The Beatles nie byłaby tym, czym jest. Zresztą to on jako pierwszy zaryzykował, oferując im kontrakt w ramach kierowanej przez siebie, podupadającej firmy Parlophone. Tym samym dał szansę wciąż odrzucanemu przez inne wytwórnie zespołowi, który wkrótce okazał się najpotężniejszą grupą w historii cywilizacji. Sprzedała dotąd co najmniej miliard krążków, wywierając nieustanny i niezaprzeczalny wpływ na ludzi całego świata – począwszy od polityków, artystów, naukowców, aż na zwykłych fanach skończywszy. A w czasach, gdy normą była absolutna dominacja producenta nad zespołem wykonawczym, on dopuścił do głosu nieokrzesanych młodziaków, dając chłopakom wolną rękę np. w doborze repertuaru – dodajmy – własnego, w większości nieopartego na znanych standardach (nie licząc paru wyjątków), co było dotąd nieczęstą praktyką wśród wykonawców muzyki rozrywkowej. A poprzez zachęcanie do ciągłych eksperymentów stanowił swoisty katalizator bezustannych przemian, które generował prężny rozwój artystyczny Fab4. No i to on poniekąd stworzył The Beatles we właściwym składzie, sugerując wyrzucenie Pete’a Besta, choć następcą również się początkowo nie zachwycił. Ringo Starr długo nie mógł wybaczyć braku wiary w jego umiejętności ze strony Martina (co poskutkowało tym, że nie zagrał na perkusji w albumowej wersji Love Me Do), lecz to on właśnie dziś poinformował świat o śmierci starszego kolegi, swego dawnego współpracownika za pośrednictwem Twittera.

Dał szansę wciąż odrzucanemu przez inne wytwórnie zespołowi, który wkrótce okazał się najpotężniejszą grupą w historii cywilizacji.

Nigdy nie podpisał się pod żadną kompozycją Lennona i McCartneya ani nawet Harrisona czy Starra, lecz nierzadko potrafił odcisnąć na nich swój wpływ, ambicje, gust muzyczny i instynkt komercyjny (przyspieszenie Please Please Me, rozpoczęcie She Loves You od refrenu, aranżacja Yesterday na gitarę akustyczną i kwartet smyczkowy etc.). Przemycał do utworów elementy muzyki klasycznej, w tym wpływy swojego ukochanego Bacha, które podkreślały atuty mistrzowskich kompozycji młodszych kolegów. Miał niezwykły zmysł aranżacyjny i to on zapisywał w formacie nutowym wszelkie pomysły na partie dodatkowych instrumentów spoza klasycznego rockowego składu (poza She’s Leaving Home, bo McCartneyowi się spieszyło). Chętnie pomagał również jako instrumentalista – szczególnie w początkowych latach trwania beatlemanii, kiedy „chłopcy” nie radzili sobie jeszcze tak sprawnie z klawiszami. Bez niego In My Life czy Lovely Rita nie miałyby cudnych partii solowych, a ówczesne arcydzieło techniki produkcyjnej pokroju Strawberry Fields Forever biłoby co najwyżej połową swego blasku. W studiu nagraniowym nie był despotyczny, lecz zespół cenił jego zdanie i rady jako muzycznego erudyty i prawdziwego angielskiego gentlemana. Szczególnie, gdy udało mu się wcielić w życie pomysły pozornie nie do pogodzenia. Jego wkład w popkulturę jest zatem nie do przecenienia. W 1996 roku został uhonorowany przez brytyjską królową Elżbietę II tytułem szlacheckim, a trzy lata później wprowadzono go do Rock and Roll Hall of Fame.

A w czasach przedbeatlesowskich był znany przede wszystkim jako człowiek odpowiedzialny za kształt płyt z repertuarem komediowym autorstwa The Goons (oraz solówek Petera Sellersa i Spike’a Milligana) pełnych eksperymentów brzmieniowych – czym zaskarbił sobie szacunek Lennona, wielkiego fana serii. Oczywiście Martin – jako odpowiedzialny za ostateczne brzmienie beatlesowskich płyt od Please Please Me do Abbey Road (Let It Be postprodukował Phil Spector) – jest automatycznie kojarzony z liverpoolczykami, lecz produkował nie tylko nagrania ich konkurencji (Gerry and The Pacemakers, Billy J. Kramer and the Dakotas, The Fourmost, Cilla Black) i niektóre solówki McCartneya i Starra, lecz także mnóstwo innych dokonań takich wykonawców, jak: Kate Bush, Ultravox, Ella Fitzgerald, Elton John, America, Mahavishnu Orchestra, Dire Straits, Pete Townshend, Peter Gabriel, Sting, Meat Loaf, Stan Getz, Gary Brooker UFO, Jeff Beck, Neil Sedaka, Cheap Trick, Kenny Rodgers, Tommy Steele, Jimmy Webb, Shirley Bassey, Alma Cogan.

Ostatni album przez niego skompilowany i wyprodukowany był jednak powrotem do tematyki beatlesowskiej. In My Life sprzed 18 lat  zawierał przeróbki z katalogu Lennona, McCartneya i Harrisona w wykonaniu aktorów takich, jak Jim Carrey, Robin Williams, Goldie Hawn czy Sean Connery oraz „właściwych” wokalistów pokroju Bobby’ego McFerrina, Phila Collinsa i Celine Dion. Za nowy miks utworów swoich najbardziej znanych podopiecznych – stworzonych na potrzeby musicalu Love z 2006 roku – odpowiedzialny był już głównie jego syn, Giles. Legendarnego producenta borykającego się już od dawna z problemami słuchowymi (Starr żartował, że skoro ogłuchł na jedno ucho, to może pracować już tylko w mono) zabrakło już na liście płac przy zeszłorocznym wydawnictwie The Beatles: 1 z odrestaurowanymi teledyskami, na którym zaprezentowano nowe miksy stereo sporządzone znów przez rodzinnego „następcę”. George Martin zmarł wieczorem 8 marca 2016 roku w wieku 90 lat. Przyczyny zgonu w szerokim obiegu wciąż nie są znane.