Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment okładki/ wyd. Agora

Film

Gdzie oni są? „Leksykon buntowników” [recenzja]

17 maja 2017

Czy w obecnych czasach prawdziwych buntowników już nie ma? Max Cegielski zdaje się tak sugerować, skoro najmłodszy krnąbrny z tego grona to rocznik 1978…

Czym właściwie objawiał się bunt wybranych postaci? Cegielski nie zawsze jasno tłumaczy, bo to niejako rozumie się samo przez się – zdaje się rozumować autor. Jedynym pewnikiem wydaje się kwestia popularności, wywieranego wpływu na fanów oraz stopnia naśladownictwa. Bunt przede wszystkim musi przyciągać masy. Lecz nie jest to książka o charakterze stricte socjologicznym. Cegielski nie zajmuje się bynajmniej ogółem społeczeństwa, zwykłymi szaraczkami, a jedynie wybitnymi „przodownikami”, czyli odrębnymi jednostkami (Red Hot Chili Peppers i Beastie Boys to jedyne przypadki, gdy buntowniczość potraktowano w Leksykonie niejako zespołowo). Zresztą proza Cegielskiego nawet nie dotyczy zagadnienia buntu w sensie ścisłym.

Pamiętajmy, że bunt może być świadomy, intelektualny, a nie musi mieć koniecznie charakteru bezmyślnie negacyjnego (z czego najbardziej słynął ruch punkrockowy). Na szczęście taką właśnie odmianą stara się interesować autor, biorąc na warsztat wyróżniających się „sensownych” reprezentantów. Czasem jednak bunt sprowadza się wyłącznie do ćpania/chlania na potęgę, co raczej więcej ma wspólnego z głupotą aniżeli jakimś rozsądniejszym sprzeciwem: przeciwstawieniem się utartym konwenansom, chęci zmiany zastanego stanu rzeczy, obraniem własnej drogi rozwoju, znalezieniem własnego języka wyrażania myśli, myślenia niestereotypowego, ale także konfliktem między „nowymi” a „starymi”. (Na marginesie można dodać, iż autor sporadycznie pozwala sobie na wtręty osobiste, gdzie np. nie ukrywa antypatii względem jakiegoś artysty lub przyznaje się do bycia w przeszłości uzależnionym od heroiny).

Leksykon buntowników to publikacja warta uwagi, lecz niepozbawiona wad. Choć ewidentnie niedokończona, prezentuje się nieźle, gdyż zdecydowano się na wydanie albumowe o sporych gabarytach.

Zatem kryterium doboru buntowników jest oczywiście niezwykle płynne i szerokie, tendencyjne i zgoła umowne. Innymi słowy: granice nie są do końca jasne. Bo dlaczegóż by nie dokooptować tu takich postaci, jak Scott Walker czy Tim Buckley, jak Prince, Marvin Gaye i Curtis Mayfield, którzy mieli odwagę realizować się w trudniejszych formach, a przynajmniej sprzeciwiać się oczekiwaniom publiczności i wytwórni? Ano dlatego, że w swym mniej spektakularnym buncie najwyraźniej nie byli tak widowiskowi i ikoniczni, jak wielcy ćpuni, choć żadnego z tutaj wymienionych raczej nie sposób nazwać wzorem czystości we wszelkim rozumieniu tego słowa. Bunt wyżej wymienionych za każdym razem miał wymiar bardziej artystyczny niż obyczajowy. Konsekwentni w podążaniu własną drogą Neil Young czy Leonard Cohen w zasadzie równie dobrze pasowałby do tego grona, jak Tom Waits, a jednak ich tu nie znajdziemy. A krnąbrni Galagherowie z Oasis? Może użalający się Morrissey, niepokorny jazzman Miles Davis albo gniewny Jaz Coleman z Killing Joke? A filmowi buntownicy, jak chociażby Marlon Brando czy legendarny James Dean? Albo pisarze jak Truman Capote? Może rock’n’rollowi wywrotowcy na miarę Jerry’ego Lee Lewisa lub Chucka Berry’ego? Z polskiej sceny załapał się tylko Magik (a gdzie Robert Brylewski, Grzegorz Ciechowski, Czesław Niemen, Ryszard Riedel, Tymon Tymański?). Z kolei feministki mogłyby przyczepić się, że figurują tu zaledwie cztery alternatywne diwy: Janis Joplin, Yoko Ono (w rozdziale wespół z bardziej znanym mężem), Patti Smith i Courtney Love. Kora z pewnością powinna dołączyć do tego grona. Kim Gordon (Sonic Youth) przydałaby się w równym stopniu. Może Kate Bush albo Joni Mitchell też warto byłoby uwzględnić?

Najbardziej jednak rzuca się w oczy pominięcie Lou Reeda. Czyżby Maxowi Cegielskiemu – tak jak większości Polakom – „nie przyjął się” lider The Velvet Underground? Jest go, co prawda, sporo u bodaj największego hochsztaplera z całej gromady, Andy’ego Warhola, lecz z pewnością zasłużył na odrębne potraktowanie. Podobnie z Captainem Beefheartem, który pojawia się obok Franka Zappy. Wielu z przytoczonych przeze mnie propozycji autor rozważa w kontekście rozszerzonej wersji leksykonu w bliżej nieokreślonej przyszłości (choć materiału z powodzeniem starczyłoby na odrębny tom), lecz dlaczego nie zdecydował się na ten krok od razu? Dlatego ten leksykon rzekomych buntowników to raczej po prostu zbiór (w większości) tragicznych postaci rock’n’rolla (głównie, choć nie tylko), a z rzadka postaci bardziej odrębnych, jak choćby Tom Waits (bodaj typ najmniej awanturujący się). Szyld może i przyciąga wzrok, lecz nie jest on w pełni adekwatny. Zasadniczo to po prostu leksykon ikon popkultury.

Nawet jeśli Buntowników faktycznie dobrze się czyta, to oczywiście nie przestają być leksykonem ze wszelkimi tego konsekwencjami. A z takimi ciekawostkowymi publikacjami zawsze przyjemnie się obcuje, gdyż nie ma miejsca na lanie wody. Trzeba więc ograniczyć się do minimum, czyli tych niekoniecznie najważniejszych, co najbardziej wyróżniających cech danego artysty i zebrać je w pigułce na jakieś pół godziny lektury. Dostajemy więc wyłącznie podstawowe informacje o artystach, a czasem tylko do wewnątrz wkradnie się parę mniej lub bardziej pikantnych anegdot. Oczywiście tak zredukowana objętość wymusza niekiedy uproszczenia i skróty, by „niepotrzebnie” nie zgłębiać niuansów skomplikowanych wątków. To świetne wizytówki krnąbrnych bohaterów, lecz nie ma tu miejsca na poważną analizę życiorysu czy dorobku danego bohatera, gdyż lektura pachnie nieco bulwarówką. Na dłuższą metę taka pobieżność mogłaby męczyć, dlatego publikacja Cegielskiego może służyć jako zgrabny wstępniak lub odnośnik do poważnej literatury faktu.

Generalnie nie ma tu bardziej rażących błędów. Największe faux pas Cegielski popełnia, gdy wydanie pomnikowej beatlesowskiej płyty Sgt Pepper’s Lonely Hearts Club Band datuje na rok 1968 (trochę siara!). Na ten sam rok datuje zresztą zamach na prezydenta Kennedy’ego, który zginął 5 lat wcześniej, więc prawdopodobnie miał na myśli jego brata Johna F., senatora Roberta. Piętą achillesową Cegielskiego jest także następny rocznik. Należy doprecyzować, że David Bowie wydał pierwszy singiel Space Oddity jeszcze przed lądowaniem Apollo 11 na księżycu (a dokładnie: 9 dni wcześniej), a gdy trzy lata później dokonał fałszywego coming-outu, homoseksualizm w Anglii był już legalny od połowy dekady. A John Lennon nie pochodził wcale z nizin społecznych, gdyż jako jedyny z Beatlesów należał do klasy średniej (czyżby autora zmyliła fałszywie deklaratywna pieśń Working Class Hero?)…

Leksykon buntowników to publikacja warta uwagi, lecz niepozbawiona wad (szczególnie męczy natrętne powoływanie się na słowa kilku polskich dziennikarzy na krzyż). Choć ewidentnie niedokończona, prezentuje się nieźle, gdyż zdecydowano się na wydanie albumowe o sporych gabarytach. Wśród licznych zdjęć można dostrzec nieco golizny – w większości męskiej, o dziwo. To jest dopiero bunt w obliczu wszechobecnej golizny damskiej! I tak sobie pół żartem myślę, że fajnym kontr-pomysłem byłoby opublikowanie (z założenia prześmiewczego i paszkwilowego) Leksykonu populistów o grzecznych i cwanych artystach, którzy zawsze szli z prądem, zgodnie z oczekiwaniami publiki. Może ten Max powie nam, jak jest również po drugiej stronie barykady?

 

 

 

 

 

 

 

 

Leksykon buntowników
Autor: Max Cegielski
Wydawnictwo: Agora
Data wydania: listopad 2013
Liczba stron: 360