Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

Wojciech Waglewski, fot. Piotr Błaszczyk/ źródło Wikimedia, CC BY 3.0

Muzyka

Era głębokich kolorów. Voo Voo w Teatrze Szekspirowskim [relacja]

3 maja 2017

Voo Voo nie nagrali do tej pory podobnej płyty: tak wyciszonej, subtelnej i stonowanej. To właśnie ją promowali w zeszły czwartek w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim.

Zagrano pełen repertuar Siódemki zgodnie z albumową chronologią. Rozpoczęli więc ponurym, jak na komercyjne standardy, singlem Środa. Najlepiej wypadł Piątek, a pożegnalny (i jedyny z gitarą akustyczną, w dodatku wykorzystaną w niemal harcerski sposób) Wtorek, ulubiony kawałek niżej podpisanego, został tu zaprezentowany znacznie szybciej (możliwe, że także w wyższej tonacji). W konsekwencji końcowe chórki, które tak pięknie kończą album, nie zabrzmiały już tak majestatycznie w wykonaniu koncertowym. To w zasadzie odosobniony zarzut. Tych bowiem, którzy planują do końca życia zadowalać się płytami Voo Voo i co najwyżej ich darmowymi występami na świeżym powietrzu, pragnę uprzejmie poinformować, że koncert biletowany to zupełnie innego typu doświadczenie – wprost nieporównywalnie lepsze. Szczególnie, jeśli ekipie wciąż nie znudziło się rozgrywanie najnowszego materiału.

Dopiero na podstawie „lajwów” można przekonać się, jak wybornym wioślarzem jest Wagiel. Gdyby solo trzaskał co chwilę, zapewne byłoby to nie do zniesienia. Za to dźwięki w powściągliwej ilości potrafią miażdżyć. Na szczęście popisał się tylko dwukrotnie, nie popełniając błędów wielu kolegów po fachu. Także wielbiciele (wielbicielki?) jego osobliwego głosu mogli nacieszyć ucho, gdyż dźwiękowiec zadbał o czytelność jego wokalu. Przypomniał o sobie także złośliwy (lecz nie szyderczy) humor lidera. W ramach introdukcji zachęcał publiczność do drzemki, bo on sam też lubi przyciąć komara, gdy Mateusz Pospieszalski popłynie w solo…

Z programem dosyć trudnej w odbiorze, bodaj najbardziej jazzowej w karierze zespołu Siódemki wyrobiono się w jakieś 70 minut. To była zdecydowanie zbyt mała porcja wrażeń, jak dla całkowicie wypełnionej sali.

Prawdę mówiąc, ciężko, by popisy charyzmatycznego saksofonisty kogoś nie pobudziły – nawet jeśli knajpiany w klimacie koncert faktycznie bardziej nadawał się do przesiedzenia niż do stania. Aczkolwiek ten „muzyczny gaduła” (posiłkując się epitetem jego „przełożonego”) często sięgał tego wieczoru po fortepian i można żałować, iż w przeszłości nie czynił tego częściej. Warto dodać, że obok obu wymienionych instrumentalistów oraz basisty Karima Martusewicza (który parokrotnie złapał za kontrabas – np. w Poniedziałku) i perkusisty Michała Bryndala ekipę wspomagał w większości utworów także pracownik techniczny („asystent”, jak określił go Wagiel) Piotr Chołody, który zajął się przeszkadzajkami (i sporadycznie dodatkowymi klawiszami, jak w Poniedziałku), a w utworze Sobota przejmujące wokalizy wykonała Joanna Wydorska.

Kompletnie nie spodziewałem, że najbardziej zachwycą mnie nie kwestie brzmieniowe lub wykonawcze, a… praca świateł. Przeważało oszczędne (a dzięki temu bardzo nastrojowe) oświetlenie zza pleców muzyków, co najczęściej nie umożliwiałoby identyfikacji członków załogi, gdyby nie przywiązanie do instrumentów. Bardzo efektowne (lecz w dyskretny sposób) były również podświetlone i porozrzucane po całej scenie nazwa zespołu oraz tytuł płyty. Później nastała era głębokich kolorów. Piękne błękity i czerwienie wraz z klimatycznym podkładem muzycznym rodem z Cheta Bakera przywodziły na myśl serial Twin Peaks. Może gdyby David Lynch znał Waglewskiego i kolegów, zaproponowałby im napisanie ścieżki dźwiękowej do powstającego właśnie trzeciego sezonu i wyręczyliby w ten sposób zasłużonego Angela Badalamentiego?

Z programem dosyć trudnej w odbiorze, bodaj najbardziej jazzowej w karierze zespołu Siódemki wyrobiono się w jakieś 70 minut. To była zdecydowanie zbyt mała porcja wrażeń, jak dla całkowicie wypełnionej sali. Kiedy wyszli na bis, zaproponowali żwawą wiązankę znanych melodii, jak gdyby pragnęli zrekompensować smęty podstawowego setu: począwszy od Nabroiło się poprzez Nim stanie się tak oraz najmniej tutaj spodziewany Trąbka pompka i lewarek (znów pyszne solo wykroił dla nas szef załogi), a skończywszy (o ironio) na Pierwszym razie, który gładko przeszedł w rozbudowaną improwizację zespołową.

Liczyłem na drugą dokładkę, a jednak z głośników poleciał… Chet Baker. Przypadek? Zatem kiedy następny koncert, Panowie?