Czego szukasz?


Kategorie


Książka

Książka

Dzieci Gniewu – prezentujemy obszerny fragment powieści

29 lipca 2015

Jeśli jeszcze nie macie w swoim zbiorze doskonałej powieści Dzieci Gniewu, Paula Grossmana, to mamy dla Was małą zachętę.

Poniżej możecie poznać obszerny fragment książki, który skutecznie powinien rozbudzić Wasze czytelnicze zmysły. Warto!

 

Księga pierwsza

Im bliżej kości

1

Berlin, październik 1929

– Nauczę was szacunku. – Bicz w ręku nauczycielki przyprawiał Williego o ciarki. – Ściągać spodnie.

Kobieta w lśniących czarnych kozakach podeszła do trzęsących się chłopców, stojących w samych slipach.

– Pochylcie się. – Trzasnęła biczem. Cóż im pozostało innego, jak tylko jej posłuchać? – To dla waszego dobra. – Podniosła silne ramię. A kiedy posypały się gniewne ciosy, widownię w teatrze Admirals-Palast opanowała nagła wesołość, bo nawet z loży i w scenicznym świetle nie dało się nie zauważyć, że ci chłopcy już dawno nie byli chłopcami, lecz mężczyznami w średnim wieku, z obwisłymi tyłkami, które przypominały worki po ziemniakach.

– Żadnego wstydu? Żadnego strachu przed władzą? – Nauczycielka przygotowywała ich na prawdziwe lanie. – Macie, lenie śmierdzące. I jeszcze raz! I jeszcze!

Im mocniej uderzała, tym głośniejszy rozlegał się śmiech, bo ofiarom najwyraźniej biczowanie bardzo odpowiadało, a widownia obdarzona takim poczuciem humoru doskonale reagowała na perwersję. Nie licząc kilku odosobnionych przypadków, w tym Williego. Albo pruskiej baronessy, która siedziała obok i obserwowała scenę z kamienną twarzą.

– A więc… – zaczęła, w końcu wyjmując z ust lufkę. – Do tego właśnie doprowadziła ta twoja umiłowana wolność, Fritz. – Wycelowała w gospodarza brodą. – Świat nie był świadkiem takiej dekadencji od czasów starożytnego Rzymu.

– Wybacz, jeśli niedostatecznie przejmuję się twoją pogardą, baronowo. – Fritz uśmiechnął się znacząco, a jego jasne wąsy wygięły się w łuk.

– Co twoim zdaniem powinnam zrobić? – odpowiedziała baronessa. – Zakryć oczy rękawem?

Ulokowany między spierającą się parą Willi musiał przyznać rację baronowej, bo naprawdę nie miała się czym zakryć. Wszystkie panie, nawet stara baronowa, miały na sobie odpowiednie na ten wieczór sukienki na cienkich ramiączkach. Żadnego rękawa w zasięgu wzroku. Jej zwycięstwo było jednak pyrrusowe, bowiem kiedy widownia ponownie wybuchnęła gromkim śmiechem, a krzyki ze sceny powoli osiągały charakterystyczny punkt kulminacyjny, z jej przyozdobionej biżuterią piersi wydobyło się głośne westchnięcie.

– Najbardziej złowieszczy znak czasów. – Z powrotem włożyła lufkę do ust.

Wtedy jednooki doktor von Hessler z naprzeciwka niemal wykrzyknął:

– Wiesz, baronowo, czasy się zmieniają. Ledwie dwa stulecia temu byłoby nie do pomyślenia, żeby książę wypróżnił się po obiedzie, nie ofiarując swojego śmierdzącego towarzystwa gościom.

Wszyscy przy stole zamarli.

Stary przyjaciel Fritza ze szkoły, von Hessler, był naukowcem i bardzo się tym chlubił. Willi nie był pewien, czym ten człowiek dokładnie się zajmował, ale za to przy każdym spotkaniu słyszał kilka zdań o „przełomowym odkryciu”, którego miał lada chwila dokonać. Willi uważał von Hesslera za napuszonego dziwaka, ale niezbyt dobrze go znał, mimo że obaj od lat przyjaźnili się z Fritzem. Poza tym von Hessler również był na froncie francuskim. Po wojnie została mu czarna opaska, którą nosił, odkąd stracił oko w Verdun i zastąpiono mu je srebrną płytką przymocowaną skórzanymi paskami i wypolerowaną tak mocno, że w trakcie rozmowy z von Hesslerem nie dało się nie zauważyć niepokojącego odbicia… własnej twarzy.

– A jakąż puentę ma ta czarująca opowiastka? – Baronowa uśmiechnęła się, wyraźnie rozdrażniona. – Sugeruje pan, że różnica między dobrem a złem jest relatywna, doktorze?

Von Hessler rozłożył ręce, żałując, że w ogóle poruszył ten temat.

Wtedy właśnie Willi zauważył, że siedząca z drugiej strony stołu Vicki patrzy na niego spod brązowej grzywki. Dobry Boże, pomyślał. Przyłapany w połowie ziewania. Kiedy uniosła głowę, jakby pytając go, czy wszystko w porządku, Williego ogarnęły wyrzuty sumienia. Zazwyczaj opowiadał jej o sprawach, którymi się zajmował, ale nie tym razem. Kiedy chodziło o dzieci, Vicki robiła się zbyt nerwowa. Dlatego mrugnął do niej uspokajająco i skupił się z powrotem na reszcie towarzystwa.

Ze wszystkich gości, którzy przyszli świętować urodziny Fritza, Willi miał chyba najmniejszą ochotę tu być. Jeszcze mniejszą niż baronowa. Oczywiście uwielbiał swojego kolegę z armii i zrobiłby dla niego wszystko, przecież przyszedł nawet na tę idiotyczną rewię w środku tygodnia. Ale Fritz był arystokratą i choć Willi cieszył się, że go zna, ich przyjaźń zrodziła się w wyniku przypadku. Willi ją akceptował. To gust Fritza, który kazał mu w ramach rozrywki serwować podstępny melanż słodyczy i ekskrementów, tak bardzo działał Williemu na nerwy. I nawet nie chodziło o to, że był funkcjonariuszem. Żadne prawo nie zabraniało zbiórki pieniędzy na szpital podczas sprośnej burleski. Po prostu źle to na niego działało.

Po tym, co widział rano.

Pół godziny drogi na wschód, w dzielnicy przemysłowej Lichtenberg, padający całą noc ulewny deszcz wydobył na światło dzienne prawdziwy horror. Powstała przy budowie jama wypluła worek, najwyraźniej z powodu potężnego zatoru w kanałach ściekowych. Kiedy Willi się tam pojawił, wokół rozsypanej zawartości zebrał się już tłum gapiów. Zaiste prawdziwe przedstawienie. Kości. Prawie dwa tuziny. Były specjalnie wybrane i ułożone według kształtów i rozmiarów. Związane razem tworzyły coś, co można by nazwać… wzorem. Bukiety zamiast z kwiatów zrobione z kości. Paliczki związane jakąś żylastą nicią na kształt… biżuterii. W drobnych kręgach lędźwiowych przewiercone były dziurki. Willi nigdy czegoś takiego nie widział, ani o czymś takim nie słyszał. Już po wstępnych oględzinach patolog, doktor Hoffnung, stwierdził, że kości były zdecydowanie ludzkie. I z pewnością nie należały do dorosłych. Sądząc po rozmiarze i gęstości, raczej do dzieci. Chłopięce, biorąc pod uwagę wygląd kości biodrowej. Czterech czy pięciu różnych chłopców.

Willi wiercił się na krześle.

Kiedy nauczycielka i jej uczniowie ukłonili się przy akompaniamencie głośnych owacji, kończąc skecz pod tytułem Dobrze zapamiętana lekcja, Willi klaskał wyłącznie odruchowo. Trzy lata na froncie zachodnim. Siedem w Kripo, sumiennej Kriminal Polizei w Berlinie. Nikt nie miał wątpliwości, że widział już wystarczająco dużo szaleństwa. Ale dzieła sztuki tworzone z ludzkich kości?

– A przed państwem następni wykonawcy, którzy wspierać będą berlińskie dzieci – oznajmił konferansjer. – Najpiękniejsze, najzdolniejsze damy w mieście…

Sześćdziesiąt cztery wspaniałe nogi wkroczyły na scenę w równiutkich szeregach.

– Zatańczą dla państwa do skróconej wersji utworu zatytułowanego Produkcja masowa

Trzydzieści dwa gibkie ciała w skąpych bluzkach odkrywających plecy, białych szortach, koronkowych skarpetkach i błyszczących butach na wysokim obcasie.

– Teatr Admirals-Palast ma zaszczyt przedstawić nasze wspaniałe… Tiller Girls!

– Ein, zwei, drei, los – krzyknęła jedna z nich i dziewczęta rozpoczęły taneczny hołd złożony współczesnemu przemysłowi, reorganizując swoje szeregi w obracające się koła, pracujące tłoki, taśmociągi, a nawet ogromną maszynę do pisania. Podnosiły nogi, stukały obcasami, machały rękoma, a wszystkie mięśnie pracowały w zgodnym rytmie. Poza szereg nie wystawał choćby palec. Widownia szalała z radości. Taki świat by im odpowiadał, pomyślał Willi. Synchroniczny. In Ordnung. Jednostka w szeregu. Tłum wiwatował jeszcze długo po tym, jak Tiller Girls zeszły ze sceny, udając lokomotywę.

– Naprawdę phantastisch – powiedziała żona Fritza, Sylvie, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby.

– Zdumiewająca precyzja – dodała Vicki ze szczerością, w którą niemal dało się uwierzyć. Willi wiedział, że sto razy bardziej wolałaby orkiestrę symfoniczną, ale nigdy nie byłaby na tyle nieuprzejma, by powiedzieć to głośno.

Baronowa nie przejmowała się burżuazyjnymi konwenansami.

– Bezbrzeżna kupa sami-wiecie-czego. – Wsadziła kolejnego papierosa do swojej lufki. – Żadnego morału. Żadnej historii. Tylko wielka kupa…

– Tym razem się zgodzę. – Von Hessler poprawił swój monokl. – Ta rewia w dość jaskrawy sposób odzwierciedla stan naszej republiki. Gładka na zewnątrz, a w środku głęboko zarysowana. W rzeczy samej, na ulicach w Berlinie często nachodzą mnie myśli o tym, jak wszystko to mogłoby w jednej chwili… – Rozłożył ręce.

W trakcie przerwy zapalono górne światło. Wydawało się, że na przyjęcie charytatywne do Admirals-Palast przybyli dosłownie tout le monde. Wszystkie miejsca w lożach pozajmowane były przez prawników, lekarzy i biznesmenów oraz ich podekscytowane, przesadnie wystrojone żony. W miejscu, gdzie siedział Willi, roiło się od przemysłowców i właścicieli sklepów, wydawców, polityków i bossów podziemnego światka, tłoczących się przy stołach. Fritz, daleki kuzyn obalonego kaisera i dziennikarz pracujący dla pięciu czy sześciu gazet, miał stolik w rogu naprzeciwko orkiestry. Tutaj, przy głównej scenie, gdzie fotoreporterzy mieli najlepszą miejscówkę, fotele okupowali luminarze. Znani na całym świecie dramaturdzy, architekci i artyści: Brecht, Gropious, Klee i Kadinsky. Nawet Albert Einstein zjawił się z żoną, żeby wspierać Szpital dla Sierot. Może i nie był to de’Medicis’ we Florencji, ale wbrew wszelkiej logice i oczekiwaniom Berlin, zniszczony dekadę wcześniej w czasie wojny i opanowany przez inflację, jakimś cudem stał się kulturalną stolicą Europy.

– Ten kraj nie przetrwa bez rządów twardej ręki. Uwierzcie mi. – Na podstarzałej twarzy baronowej zagościł sardoniczny uśmiech.

– Ach kvatch. – Fritz skierował na nią swoje błękitne oczy. – Niemcom nigdy nie było lepiej i dobrze o tym wiesz. Demokracja ma się świetnie. Gospodarka kwitnie. Mamy najwyższe standardy życia w Europie.

– Ale żadnego szacunku, Fritzchen. – Ironia znikła. – A czym jesteśmy bez niego? – Jej twarz wykrzywił grymas prawdziwego żalu. – Zwykłymi barbarzyńcami. Dla ludzi od Monte Carlo po Moskwę Berlin jest synonimem… deprawacji.

Słysząc to słowo, Willi powrócił myślami do Lichtenbergu, z jego wyrzucającymi kłęby dymu fabrykami. W odnalezionym na placu budowy worku oprócz dziwacznie poskładanych kości znajdowała się też Biblia. Większość stron wyblakła, ale kilka nadal możliwych do odczytania fragmentów zaznaczonych było na czerwono. Jeden zwracał szczególną uwagę. Pochodził z Nowego Testamentu, z listu do Efezjan: „Którzyście byli umarli w upadkach i w grzechach… z przyrodzenia dziećmi gniewu”[1]. Na samo wspomnienie Williemu pociły się dłonie.

Razem z tym workiem pojawiła się ciemność.

Jeszcze nigdy takiej nie widział.

Przepaska von Hesslera zalśniła w świetle żyrandola.

– Baronowa ma rację, niestety. Jako naród cierpimy na przerażający brak samokontroli i dlatego tak bardzo pragniemy porządku. Prędzej czy później ktoś będzie musiał uwolnić nas z okowów naszej wolności. – Zaśmiał się ze swojego dowcipu cicho, lecz z nutą szaleństwa.

Od strony orkiestry popłynęły głębokie dźwięki bębnów.

– A teraz… – Sala znowu pogrążyła się w ciemności. – Kobieta, której nazwisko stało się symbolem ery jazzu… znana na całym świecie… wyrafinowana i dzika jednocześnie… jedyna w swoim rodzaju… Josephine Baker!

Gwałtownie niczym tropikalna burza, legendarna Murzynka z Ameryki przyleciała prosto z Folies Bergère w Paryżu, gdzie zazwyczaj występowała, a jej czarne, lśniące loki opadające na policzki i piersi, przyozdobione kolorowymi morskimi perłami, zamigotały w blasku scenicznego światła. Jej biodra okrywała bananowa spódniczka – żółte owoce wyginały się w łuk i unosiły, trzęsąc się w rytmie jej słynnego „tańca dżungli”. Zupełnie inaczej niż w przypadku Tiller Girls, każda część ciała Josephine zdawała się żyć własnym życiem – biodra, nadgarstki, kostki, nogi, wszystko poruszało się w swoim rytmie. Obracała nawet oczami. Najbardziej powściągliwi widzowie nie mogli się jej oprzeć, a kiedy skończyła, wszyscy jak jeden mąż wstali, by oddać cześć czarnej bogini.

– O tym będzie warto opowiedzieć wnukom. – Vicki wcisnęła się pod ramię Williego, gdy dołączyli do wylewającego się na podwórze błyszczącego tłumu. – O tym, jak zobaczyliśmy Josephine Baker w Admirals-Palast.

Na zatłoczonej Friedrich Strasse czuć było ostry podmuch wiatru znad rzeki. Sznur taksówek ciągnął się niemal aż do mostu Weidendammer. Jakże szalonym pomysłem było zabranie ze sobą, wbrew radom Williego, tylko jedwabnego szala. Jednak Vicki nie spodziewała się, że temperatura spadnie tak szybko, choć zapowiadano to w prognozie pogody.

– Pożyczysz mi marynarkę, kochanie? – musiała poprosić.

– Wybacz. – Willi praktycznie zerwał z siebie odzienie. – Odpłynąłem gdzieś…

…do wnętrza worka. Zaciekawiła go nić, której użyto do połączenia kości. Zdawało mu się, że to jakieś zwierzęce wnętrzności. Hoffnung zapewnił go, że w laboratorium zbadają dokładnie jej skład. Ale to mogło potrwać.

Okutana w marynarkę Williego i z niebieskimi, jedwabnymi czółenkami na nogach, Vicki wstała, dzwoniąc koralikami sukienki, poprawiła grzywkę i wyszeptała mężowi do ucha:

– Ten występ mocno mnie rozgrzał. – W jej oczach pojawiły się ciemne błyski. Minęło już dziesięć lat, a Willi nadal dziękował swojej szczęśliwej gwieździe za tę kobietę.

Niestety, tłum wylewał się nie tylko z Admirals-Palast, ale też z Wintergarten po drugiej stronie ulicy i Metropole nieopodal, więc w zasięgu wzroku nie było żadnej wolnej taksówki. Po chwili Vicki znowu drżała z zimna, a Willi zaczynał żałować, że nie zabrał swojego opla.

Nagle pojawił się przed nimi czarny sportowy samochód, który wyglądał, jakby przyjechał prosto z przyszłości.

– Alles in Ordnung? – Srebrna blaszka doktora von Hesslera błyszczała zza wyjątkowo dużej kierownicy. – Utknęli państwo, prawda? – Prowadził nowy SSK, czyli samochód, o którym mówiło się w Niemczech najczęściej. Zgodnie z tym, co głosił dodatek do niedzielnego wydania gazety, model z 1930 roku był „Rembrandtem z gumy i stali”.

Z fabryki wyjechało zaledwie czterdzieści pojazdów, a była to ostatnia seria dla Mercedesa-Benza, którą zaprojektował genialny Ferdinand Porsche, zanim odszedł, by założyć własną firmę. Rewolucyjny kształt tego pojazdu nazywano nieraz opływowym, był bowiem nisko osadzony, lśniący i zaokrąglony niczym pocisk, a zdawał się też zdolny do osiągnięcia godnej pocisku prędkości. Razem z Graf Zeppelinem, latającą łodzią firmy Dornier, SSK stanowił jeden z powodów, dla których Niemcy ostatnio trzymali głowy nieco wyżej.

– W którą stronę? – zapytał von Hessler.

Willi machnął ręką, jakby chodziło o planetę Mars.

– Wilmersdorf.

– Czyli po drodze do mnie. – Von Hessler zwiększył obroty swego silnika o pojemności sześciu i ośmiu dziesiątych litra. – Ja jadę na Grunewald. – Zaczął się niecierpliwić, wyczuwając ich wahanie. – Nie każcie mi wykorzystywać swojego stopnia. – Na swój sposób próbował dać im do zrozumienia, że nie muszą się czuć od niego gorsi i z tego powodu odmawiać. Co było nawet miłe, pomyślał Willi i spojrzał na Vicki. To był błąd. Z tą ciemną grzywką, trzymając kurczowo jego białą marynarkę, wyglądała jak mały chłopiec przed przejażdżką kolejką górską. Dobry Boże. No trudno. Niech ten wieczór przejdzie do historii jako ten, kiedy słuchali Josephine Baker oraz jechali SSK.

Kiedy jednak Willi otworzył drzwi samochodu i zobaczył swoje odbicie w opasce von Hesslera, przeszedł go dreszcz. Były tylko dwa miejsca, więc Vicki musiała się wcisnąć między nich. Wtedy lekarz sięgnął ku wielkiemu, czarnemu drążkowi zmiany biegów. Dało się słyszeć potężny ryk i pojazd ruszył, zawracając w szaleńczym tempie. Odrzuciło ich do tyłu, jakby mieli zostać wciągnięci prosto w znajdujące się nad nimi tory kolejki miejskiej. Był piątkowy wieczór. Cała Friedrich Strasse zastawiona była samochodami. Mimo to ten maniak przyspieszał, jakby kończył właśnie grand prix. Za stacją kolejową światła klubów nocnych tworzyły rozmytą plamę: Haller-Revue… Salamander… Café Imprimator. Nad głowami śmigały im reklamy: Aschinger am Bahnhooooo… Przelecieli obok żółtego tramwaju tak szybko, że Willi nie zdołał nawet odczytać numeru trasy.

– Nie boją się państwo, prawda? – Usta von Hesslera znowu wykrzywiał uśmieszek.

Willi już wiedział, jak można znienawidzić ten wyraz twarzy.

Trzymając Vicki jedną ręką, a drugą ściskając skórzany podłokietnik, przypominał sobie, jak kiedyś, gdy był jeszcze nastolatkiem, zemdliło go podczas jazdy motorówką. Dlatego skończył w piechocie i czołgał się z tyłkiem tuż pod drutem kolczastym.

– Czy się boimy? – Na twarzy Vicki widać było rozbawienie. – Au contraire!

Po ostrym zakręcie przy Dorothean Strasse wjechali w ciemność.

– Pytam, bo zajmuję się ludzką psychiką – powiedział von Hessler, przekrzykując pracujący z mocą dwustu dwudziestu pięciu koni mechanicznych silnik. – Strach to jeden z głównych przedmiotów moich badań.

– Jakie to fascynujące. – Vicki odchyliła głowę do tyłu, pozwalając swoim włosom na swobodny taniec. – Nie boimy się. Prawda, kochanie?

Willi miał ochotę powiedzieć, że von Hessler mógłby przynajmniej pilnować się znaków.

– Oczywiście jako naukowiec przeprowadzam kontrolowane badania – wykrzyknął, kiedy mijali Reichstag, nad którego świecącą szklaną kopułą powiewała czerwono-czarno-złota flaga republiki. – Ale niektóre z najbardziej wartościowych wniosków udało mi się wyciągnąć podczas przypadkowych obserwacji. – Kiedy dotarli do liściastych niebios Tiergarten, największego parku w Berlinie, kierowca przycichł. Niemal dało się dostrzec gwiazdy na niebie. Co byłoby nawet romantyczne, pomyślał Willi, gdyby von Hessler po prostu się zamknął.

– Moje eksperymenty dotyczą głównie czegoś, co nazywam antywarunkowaniem, czyli rozbijaniem wyuczonych wzorów zachowań.

Jednak von Hessler najwyraźniej cieszył się z obecności uważnych słuchaczy i nagle poczuł się jak na sali wykładowej, chociaż Vicki przestała już udawać, że słucha, a Willi nawet nie zaczął. Schowana za marynarką Vicki zaczęła skubać jego nogawkę i posyłać mu co chwilę gorące spojrzenia, aż Willi poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.

W najbardziej popularnej części zachodniego Berlina, wokół górującego nad okolicą Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma noc zdawała się zmieniać w dzień, a wszystko wirowało. Kobiety chodziły w kapeluszach przypominających hełmy i podskakujących przy każdym kroku spódnicach. Mężczyźni w dwurzędowych garniturach próbowali łapać taksówki. Na bilbordach zmieniały się reklamy: Crème Mouson, dla kobiety nowoczesnej; Audi, Type M: dla prawdziwego gentlemana. Ze wszystkich stron otaczała ich szykowna nowoczesność. Drzwi ze stali nierdzewnej. Wysokie, zaokrąglone okna. Najdroższe butiki. Restauracje. Kina ustawione jak tancerki rewiowe: Gloria-Palast, Capital, UFA am Zoo. Wszystko eleganckie. Połyskujące. Fascynujące. Na Kurfürstendamm, głównej ulicy Berlina, wystawy sklepowe odbijały światła z ulicy niczym w awangardowym filmie pełnym niepasujących do siebie punktów i pędzących strumieni.

– Jak państwo widzą, szacunek, o którym tak rozprawiała baronowa, to tylko romantyczny nonsens. – Von Hessler zatrąbił jak szaleniec, niemal wjeżdżając w trzymającą się kurczowo parę, próbującą przejść na drugą stronę ulicy. – Wraz z rozwojem nauki panuje coraz mocniejsze przekonanie, że order to tylko warunkowanie. Przy jakiej ulicy państwo mieszkają?

Z daleka od tłumów i błyskających świateł ciche uliczki przy Parku Pruskim oplatały eleganckie pięciopiętrowe apartamentowce z poddaszami na wysokich dachach, gipsowymi gargulcami i Walkiriami, które nadal górowały nad wszystkim. Na Beckmann Strasse, przed wejściem do swojego solidnego i szacownego budynku, Willi i Vicki wręcz wyskoczyli z samochodu wyścigowego von Hesslera, wylewnie mu przy tym dziękując.

– Musimy to kiedyś powtórzyć – zawołał za nimi doktor i razem ze swoją opaską zaczął ginąć z zasięgu wzroku.

– Zdecydowanie.

Vicki pomachała mu na pożegnanie.

W przyozdobionym dywanem i szklanymi żyrandolami holu rzuciła się Williemu w ramiona i pocałowała go mocno, penetrując jego usta swoim ciepłym, miękkim językiem.

– Wow – wyszeptał.

Na schodach Vicki zdjęła buty i pozwoliła mężowi rozpiąć sukienkę, podczas gdy wszystkie paciorki odprawiały szalony taniec. Co, jeśli zobaczy nas któryś z sąsiadów? – pomyślał Willi. Nigdy nie dadzą nam o tym zapomnieć. Musielibyśmy się przeprowadzić. Musiałbym zrezygnować z pracy w policji. Ale o tej porze w środku tygodnia… dzieci dawno śpią…

Ta noc naprawdę miała zapisać się w historii.

 

Następnego dnia rano Vicki krzątała się w kuchni, nucąc pod nosem, i pocałowała Williego w usta, gdy przyszedł na śniadanie. Kiedy kiełbaski skwierczały na patelni, Vicki podniosła banany i zaczęła kołysać biodrami, jakby tańczyła hula, przeczesując palcami ciemne włosy męża. Dzieciaków nie było w domu, więc mieli z Vicki prawdziwe święto. Gdyby tylko Heinz Winkelmann miał urodziny nieco częściej. Pomijając tylko tę przeklętą imprezę o czwartej… i pół dnia pracy… nie mógł się z tego wywinąć.

Vicki opuściła banany.

– Co to jest? – Wyrwała mu gazetę z ręki.

Zatrute kiełbaski! Setki chorych!

Natychmiast wyłączyła płomień pod patelnią.

– Nawet w czasie wojny było to nie do pomyślenia. – Zmrużyła oczy. – Zatrute mięso w Berlinie? Przy tych wszystkich kontrolach?

– Wszystko się może zdarzyć, skarbie. – Willi spokojnie wyjął jej z rąk gazetę. – Nawet przy najdokładniejszych kontrolach. – Jego uwagę przykuł inny tytuł; wydrukowany mniejszą czcionką, na dole strony. Najwyraźniej giełda w Nowym Jorku miała gorszy dzień.

 

2

Zrywali cały bruk na Alexanderplatz. Po dwustu latach postanowiono ukrócić niekontrolowany rozwój i zrobić porządek z plątaniną uliczek tworzących stare centrum handlowe po wschodniej stronie miasta. Wszystkie znajdujące się tu hotele, ogromne sklepy, słynne restauracje i koszmarne korki miały się stać „architektonicznie spójnym” placem z uporządkowanym ruchem oraz nowoczesnymi budynkami. Do tego czasu panował tu jednak chaos. Wiertarki udarowe. Koparki. Nieznośnie hałasujące kafary. Willi aż zatykał uszy. Przechodnie zmuszeni byli przeciskać się wąskimi, krętymi przejściami, które prowadziły ich prosto na równie zawiłe drogi dla rowerzystów, samochodów i ciężarówek. Tutaj droga do raju najwyraźniej prowadziła przez czyściec. Nawet w sobotni poranek.

Kiedy Willi dotarł do końca Königs Strasse, powietrze drżało od uderzających w budynki kul wyburzeniowych. Hotel Grand, gdzie dziadek Krausa wyprawił w 1911 roku swoje osiemnaste urodziny, ledwo się już trzymał. Haus zum Hirschen i jego hol ozdobiony dziewięćdziesięcioma dziewięcioma wypchanymi głowami jeleni przestał już istnieć. Kuzyn Williego, Kurt, zorganizował tam swój obiad weselny. Pełna historii przeszłość miała ustąpić miejsca rodzącej się z gruzów, narysowanej od linijki przyszłości. Szkoda, że Komenda Główna Policji nie została dopisana do listy, pomyślał Willi, przeciskając się przez tłum porannych zakupowiczów. Sroga fasada i ponure kopuły tego budynku górowały nad całą południowo-wschodnią stroną Alexanderplatz niczym zdechły wieloryb. Sześć pięter, sześćset pięć pokoi, trzeci pod względem wielkości w Berlinie, po pałacu królewskim i Reichstagu, a jego krwistoczerwony kolor ledwo było widać spod wielu warstw brudu. Jednak zbliżając się do ciężkich żelaznych drzwi wejściowych, Willi cieszył się, że tu trafił. Niewielu policjantom udawała się ta sztuka. Nawet najlepszym. Nawet po latach służby.

Wsiadł do zatłoczonej windy pełnej ludzi próbujących zdążyć na ósmą do pracy i jadąc tą mosiężną klatką na górę, przyznał sam przed sobą, że nie był najlepszym kandydatem na berlińskiego policjanta. Jego rodzice, niech spoczywają w pokoju, z pewnością by się tego nie spodziewali. Żydowski śledczy? Kto by pomyślał. Przez całe wieki Żydzi znajdowali się raczej po drugiej stronie barykady. Ale te dni przeszły już do historii, Willi był tego pewien. I naprawdę uwielbiał swoją pracę. Wierzył w prawo i sprawiedliwość. Co, jego zdaniem, zgadzało się z duchem żydowskim. Choć niekoniecznie robiło to jakąś różnicę.

Z pewnością nie wstydził się swojego pochodzenia, ale nie uważał go za decydujący element swej tożsamości. Lubił zapalać z dziećmi świece w czasie święta świateł Chanuka. I lubił święto Paschy, choć obchodzili je dość liberalnie. Uwielbiał czytać o niezwykłych osiągnięciach swojego narodu i jego wielkich tragediach. Ale na co dzień we współczesnym Berlinie bycie Żydem nie znaczyło dla niego wiele więcej niż ciemne fale na głowie, piwne oczy i obrzezany penis.

Wydział zabójstw znajdował się na najwyższym piętrze. Biurko Williego stało zaraz przy oknie. Ze swojego fotela mógł zobaczyć połowę Alexanderplatz. Kiedy wstał, mógł spojrzeć na niego w całości; razem z wielkim planem jego modernizacji. Widział nową stację metra, która miała się łączyć z koleją nadziemną w specjalnej wysepce rozdzielającej ruch z pięciu najważniejszych ulic.

– Guten Morgen, Herr Sergeant-Detektiv.

Frau Garber, sekretarka wydziału, podeszła do niego ze swoim drewnianym wózkiem. Była szczupłą, seksowną babcią po czterdziestce i jedną z niewielu osób na tym piętrze, która nie pałała do niego niechęcią. Po ponad dwóch latach od czasu jego awansu z Wilmersdorfu, Willi nadal był pariasem wydziału. Jego koledzy na wiele sposobów dawali mu do zrozumienia, że tak już zostanie. Z powodu jego ciemnych włosów, piwnych oczu i obrzezanego penisa.

– Och, dzwonił doktor Hoffnung. – Nalała mu gorącego napoju i uśmiechnęła się. – Powiedział, że może pan przyjść, kiedy chce. – Postawiła przed nim filiżankę z kawą przygotowaną tak, jak lubił. Czarną z małą ilością cukru. – Nowe ziarna, prosto z Brazylii.

– Pani kawa jest zawsze pyszna, Frau Garber.

– Może już mówić mi pan po imieniu, Herr Sergeant.

Hoffnung, patolog, był jednym z najbardziej kompetentnych specjalistów, których Willi tu znał. Inteligentny. Prostolinijny. I zazwyczaj zupełnie niewzruszony. Ale tego ranka Willi widział, że patologa coś niepokoi.

– W ciągu ostatnich dwudziestu lat nie miałem tak osobliwej i wręcz ohydnej sprawy. – Hoffnung włożył swoją czarną fajkę z powrotem do ust. Chrząkając, odsłonił białe prześcieradło. Willi poczuł ucisk w gardle. Na stalowym blacie leżały w rządku kompozycje z kości i skrywający je wcześniej worek. – Z nieprzyjemnością donoszę, że się nie pomyliłem. – Fajka zwisała mu z kącika ust, a wzrok utkwiony był w śnieżnobiałe szczątki. – Te kości należą do pięciu chłopców. W wieku mniej więcej od dziewięciu do czternastu lat. Nie da się ustalić dokładnej daty śmierci. Ale – założył parę bawełnianych rękawiczek – jeden szczegół zdradza coś więcej. – Delikatnie otworzył zniszczoną Biblię i wskazał fajką nadal dającą się odczytać datę publikacji. Berlin 1929. – Ten „pogrzeb” – wzruszył ramionami – o ile tak można nazwać zakopanie worka z taką zawartością, miał miejsce w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. Worek, jak widać, został wyprodukowany przez firmę Schnitzler i Syn. Na jutowym materiale nadal są resztki paszy dla zwierząt. Prawdopodobnie bydła, może kóz albo świń, nie jestem pewien. Żaden ze mnie rolnik. Tak to wygląda. – Hoffnung podniósł szczypcami jakieś ziarenko, żeby Willi mógł mu się przyjrzeć, ale on też się na tym nie znał.

– A co z włóknem, którym związano kości?

– Zrobione z mięśni, owszem. – Hoffnung wyjął skórzany woreczek ze swojego fartucha. – Ale nie zwierzęcych. Jak się domyślam – westchnął, napełniając ostrożnie swoją fajkę tytoniem – wcześniej przyczepione były do tych właśnie kości. Potem je ususzono i skręcono jak przędzę. Ktokolwiek to zrobił, był bardzo zręczny.

Willim wstrząsnął dreszcz. Przędza z ludzkich mięśni?

– To nie wszystko. – Hoffnung nerwowo przegrzebał kieszenie. – Te kości ktoś, jakby to ująć… – Znalazł zapałki i wyraźnie mu ulżyło. – Ugotował.

Willi poczuł, że zaciska mu się gardło. Jak w czasie wojny, gdy pojawiły się bomby gazowe.

– Nie mogłem na nich znaleźć choćby śladowej ilości tkanki. – Podpalił fajkę pomarańczowym, drżącym płomieniem. – I jest tylko jeden sposób, by tak oczyścić kości, Herr Sergeant-Detektiv.

Oczy Hoffnunga pociemniały, gdy się zaciągnął.

– Trzeba je gotować. – Jego twarz zniknęła za chmurą dymu. – Przez wiele godzin.

 

Gdzieś na zewnątrz kafar wbijał pale w grząską berlińską ziemię, a Willi czuł, jakby uderzały prosto w jego czaszkę. Ze swojego biurka widział dziurę zrobioną w miejscu, gdzie miała powstać podziemna stacja. W końcu ruch na Alexanderplatz zostanie tak misternie zorganizowany, że żadna z linii nie będzie się krzyżowała z inną na tym samym poziomie. O ile mniej skomplikowany musiał być umysł kogoś, kto gotował dziecięce kości?

Willi odchylił się do tyłu na krześle w starym, niebezpiecznym nawyku z dzieciństwa.

Nie tylko ugotował ludzkie mięso, ale też wysuszył mięśnie, by zrobić z nich „przędzę”. A potem użył jej, by związać ze sobą kości. I powstałe w ten sposób kompozycje umieścił w jutowym worku… razem z Biblią. Co mogło być powodem takiego zachowania? Kim był człowiek, który się na nie zdecydował? Czy w ogóle można go nazwać człowiekiem?

Willi znowu usiadł prosto i odnalazł czarną słuchawkę. Właśnie skończył rozmowę z przedstawicielem firmy Schnitzel i Syn… Nic z niej nie wynikło. W ich workach można trzymać paszę dla różnych rodzajów zwierząt. Ich klientami byli ludzie z całego kraju.

Zaskoczył go dźwięk interkomu.

– Proszę nie zapominać o obiedzie, Herr Sergeant. – To była Frau Garber… Ruta… – O dwunastej na dole.

– Dziękuję, Ruta.

Złamał w palcach spinacz do papieru.

Kriminal-Kommissar Horthstaler bardzo lubił zwoływać tygodniowe zebrania w podziemnej stołówce, znajdującej się tuż nad labiryntem z celami, zwanym Lochami. Willi żałował, że nie mogą się spotykać w normalnym pomieszczeniu, jak pozostałe wydziały, a obiad miał gdzieś. Nie chodziło o żadne religijne pobudki, jak sugerowała Vicki, ani „nieświadomość zbiorową”, ale zwyczajnie nie lubił smaku wieprzowiny, więc jej unikał, co w Niemczech było raczej niespotykane. I nigdy nie udawało mu się tego ukryć w czasie wspólnego obiadu.

– Co, Kraus, nie ogryziesz sobie kostki? – powiedziałby Mueller, otaczając go ramieniem. – Słyszałem, że dzisiaj wieprzowinka pierwsza klasa.

– Może na kolację – odrzekłby Willi.

Już dawno temu nauczył się nie przejmować tymi docinkami. W wojsku żarty były szybkie i mocne. Dotyczyły nie tylko jego diety, ale też nosa. Włosów. Jego „tureckiej” karnacji. Dziwnie gołego penisa. Po roku większość dała sobie spokój, kiedy sprawy zaczęły przybierać poważny obrót. Ale tutaj, w policji, żydowskie dowcipy nigdy nie wychodziły z mody.

Stołówka była pełna. Horthstaler zarezerwował im ich Stammtisch, znajdujący się daleko z tyłu stolik, przy którym zawsze siedzieli. Zjawili się wszyscy. Mueller. Meyer. Hiller. Stoss. I oczywiście Freksa. Kochany Freksa.

Willi skinął kolegom, wziął kotlet z kurczaka i nie zwracał uwagi na to, co jedli pozostali. Po chwili Horthstaler beknął, otarł tłuste usta i wydawał się gotowy do rozpoczęcia zebrania. W jego przypadku jedzenie zawsze miało pierwszeństwo. I nawet nie był gruby. Udawało mu się zachować proporcjonalną sylwetkę.

– A więc. – Wyciągnął teczkę, oblizał palce i zaczął przerzucać kartki. – Zacznijmy od gratulacji. Nasza jednostka znowu jest na pierwszym miejscu w rankingu najmniejszej liczby opuszczonych dni. Zawsze uważałem, że to najbardziej pracowita i skrupulatna ekipa w wydziale zabójstw, a wy wciąż udowadniacie, że mam rację.

Przez następne pół godziny Willi z całych sił starał się wyglądać, jakby słuchał Horthstalera, ale nie mógł powstrzymać się przed myśleniem o jutowym worku. Przede wszystkim musiał ustalić, co mógł oznaczać fragment listu do Efezjan… dzieci gniewu.

Przy odrobinie szczęścia zapytanie, które złożył wczoraj w bibliotece, przyniesie jakieś odpowiedzi. Jeśli to w istocie był „pogrzeb”, jak sugerował doktor Hoffnung, sprawca mógł próbować coś w ten sposób przekazać.

Oprócz tego należało sprawdzić plany tamtego kanału ściekowego.

– A teraz przydziały. – Willi ledwo usłyszał, zatopiony w myślach. Prąd, z którym popłynął worek, mógł doprowadzić go do źródła. Albo i nie, jeśli ktoś po prostu wrzucił go do ścieków, żeby zatrzeć ślad.

– Kraus – Willi aż podskoczył. Horthstaler patrzył na wszystkich innych, ale nie na niego – był wczoraj przy odkryciu dość niezwykłego worka jutowego, ale sprawa zostanie przekazana w zdolne ręce Hansa Freksy.

Willi mrugnął ze zdziwienia, a potem spojrzał na drugi koniec stołu. Szeroki uśmiech na twarzy Freksy oznaczał, że Kraus wcale się nie przesłyszał. Zabierali mu sprawę. Wieści o worku jutowym i jego dziwacznej zawartości dotarły do komisariatu, jeszcze zanim Willi wrócił z Lichtenbergu. W Berlinie nie brakowało zbrodni nadających się na nagłówki pierwszych stron gazet, ale ta sprawa była szczególna. A Hans Freksa oprócz tego, że był świetnym detektywem, nie mógł wprost oprzeć się kolejnej okazji, by zobaczyć swoje nazwisko w druku. Czemu policja tak szybko wpadła na trop? Warto zapamiętać jedno nazwisko – Hans Freksa… Wykorzystując nowoczesne techniki śledcze, Freksa osiągnął kolejny sukces… Hans Freksa jest prawdopodobnie najlepszym śledczym w Berlinie…

Policja berlińska była najlepsza w całym kraju. W zeszłym roku rozwiązano tu osiemdziesiąt pięć procent spraw zabójstw, a w pozostałych miejscach w kraju zaledwie siedemdziesiąt pięć. Freksa pobił średnią miasta, rozwiązując dziewięćdziesiąt procent swoich spraw. Willi też. A kilku innych śledczych miało jeszcze lepsze wyniki. Ale ponieważ Freksa był taki charyzmatyczny, ponieważ Freksa tak dobrze wyglądał na zdjęciach, ponieważ Freksa był kawalerem, ponieważ Freksa tak bezwstydnie się promował, dziennikarze go uwielbiali. Stał się prawdziwym celebrytą. Ludzie na ulicy prosili go o autografy. Ale Willi nie miał zamiaru się tak łatwo poddać. To była jego sprawa.

– Herr Kommissar. Oczywiście nie kwestionuję poleceń i z chęcią przyjmę nowe zadanie. Jednak chciałbym móc pomagać przy sprawie znaleziska z Lichtenbergu.

Chwila ciszy. A potem udawanie przejęty głos Freksy:

– Ach, nein, Kommissar. Nie może pan nadmiernie obciążać protegowanego Weissa. – Freksa udawał, że chroni Williego. – Wie pan, jacy delikatni są ci ludzie… po tylu latach liczenia pieniędzy.

A potem nastąpił krótki wybuch gromkiego śmiechu, do którego przyłączył się sam Horthstaler.

Willi zdołał przetrwać na polach minowych i pod ostrzałem. Ta banda osłów naprawdę myślała, że może go zranić? Jednak wciąganie w to Weissa było poniżej pasa i Kraus miał ochotę złapać za krzesło i rozbić je na głowie Freksy. Całe szczęście miał doskonale rozwinięte, wręcz nadczynne superego, jak nazywał to Freud.

Bernhard Weiss był nie tylko ich przełożonym, ale jednym z niewielu ludzi, których Willi naprawdę podziwiał. Był zastępcą naczelnika berlińskiej policji i jedynym Żydem w historii, który wspiął się tak wysoko. Weiss stworzył pierwsze w kraju nowoczesne laboratorium kryminalne i stanął na czele transformacji szeregów policji po rewolucji z 1919 roku. Zaszczepił w policji ducha demokracji. Radykałowie różnych maści nienawidzili go za to, że tak żarliwie i bezstronnie bronił republiki. W Berlinie wszędzie było go pełno; kręcił się przy miejscach przestępstw, nadzorował demonstracje, zapewniał bezpieczeństwo dygnitarzom. Jego twarz – schowane za drucianymi okularami duże, czarne oczy emanujące szczerością i pewnością siebie – stała się symbolem nowoczesnej policji „służącej ludowi”. To jemu dostawało się od przeciwników ideałów, za którymi się opowiadał. Ostatnio jeden z najbardziej zagorzałych prawicowców uznał go za najjaśniejszy przykład na to, jak nowa republika trafiła w ręce Żydów.

– Cóż – Freksa wzruszył ramionami – to żadna tajemnica, że twoi ludzie chronią się nawzajem.

Najwyraźniej Freksa czytał pełną nienawiści propagandę Josepha Goebbelsa. Weiss miał swój wpływ na karierę Williego, owszem. Ale nie taki, jak to sobie wyobrażał Freksa. Willi miał dwadzieścia cztery lata i kończył drugi rok studiów na Uniwersytecie w Berlinie, kiedy poznał Weissa w 1920 roku na przyjęciu na cześć żydowskich weteranów wojennych. Rok wcześniej w czasie podobnej imprezy spotkał swoją żonę. Weiss nawet słowem nie wspomniał o wstąpieniu do policji. Nie musiał. Willi od dziecka – odkąd jego chorujący na serce ojciec został napadnięty i zelżony z powodu swojego pochodzenia – chciał łapać złoczyńców i stawiać ich przed sądem. Po prostu wcześniej nie słyszał o żadnym Żydzie, który by się tym zajmował. Aż do czasu, gdy poznał Weissa, który wtedy był już dowódcą Kripo. Ale Weiss nic nie wiedział o zamiarach Williego, ani też nie pomógł mu dostać się do szkoły policyjnej. Żelazny Krzyż pierwszej klasy mu to załatwił. A już na pewno Weiss nie przyczynił się do tego, że Kraus był najlepszy na swoim roku.

Willi spotkał Weissa ponownie dopiero w 1922 roku, kiedy zamordowano ministra spraw zagranicznych, Rathenaua. To słynne zabójstwo polityczne miało miejsce w Lesie Grunwaldzkim, który znajdował się pod jurysdykcją Wilmersdorfu, gdzie Willi właśnie zaczął pracę jako asystent śledczego. Zwierzchnicy przydzielili go do zespołu Weissa, który przyjechał z Alexanderplatz, by dowodzić sprawą. Jego energia i talent, jakimi wykazał się przy śledztwie, budziły podziw, a kiedy złapano mordercę, Willi był już prawdziwym wielbicielem Weissa i połączyła ich przyjaźń.

Być może Weiss poczuł naturalną potrzebę zachęcenia Williego. Nie zrobiłby tego dla, dajmy na to, Hansa Freksy, który mógł przebierać we wzorach do naśladowania. Ale to nie Weiss aresztował mężczyznę, który zabił rzeźnika, piekarza i listonosza, bo podejrzewał ich o sypianie z jego żoną. I nie Weiss rozwiązał sprawę zaginionego farmaceuty, która od lat spędzała sen z powiek policjantom z Wilmersdorfu. Być może Freksa nie mógł pogodzić się z tym, że Willi w ciągu pięciu lat dorobił się tytułu sierżanta, podczas gdy jemu zajęło to dziesięć. Wielu wierzyło, że Williemu w karierze „pomagało” kilku wysoko postawionych ludzi. Ale żadna gruba ryba nie rozbiła gangu zajmującego się handlem białymi niewolnikami na Prenzlauerberg. Ani nie rozgryzła sprawy morderstw w czynszówkach na Neukoln.

– Kraus. – Kommissar nie dał się przebłagać. – Nawet nie wiesz jeszcze, czym masz się teraz zająć. To poważne zadanie. Szczególnie trudne i o wiele większym znaczeniu dla milionów mieszkańców Berlina niż zawartość jutowego worka, zapewniam.

Willi wciągnął mocno powietrze. Czuł, jak worek i wszystkie skrywające się w nim potworności wymykają mu się z rąk.

– Zdajesz sobie zapewne sprawę, że miasto jest terroryzowane przez zatrute kiełbaski.

Willi miał nadzieję, że to dowcip. Że to wszystko było tylko wstępem do wyśmiewającej go puenty. Ale wyraz twarzy Horthstalera mówił co innego.

– Tak, oczywiście. Pisano o tym w porannych gazetach. – Willi pamiętał wyraźnie reakcję Vicki. – Nie myślałem, że są jakieś ofiary.

– Pomyśl jeszcze raz, Kraus. Dziś w południe były już… trzy.

– Oy vey, Kommissar. – To Mueller, który próbował naśladować najbardziej prymitywny akcent jidysz, wciągając policzki i machając głową. – To mięso nie jest koszerne. To mięso świń!

Wszyscy wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem.

Willi poczuł, jak jego ciałem wstrząsa fala gniewu, gdy szybkim krokiem przemierzał korytarze. Przy windach, chociaż było już po pierwszej i budynek wydawał się niemal wyludniony przed weekendem, Kraus obejrzał się, by sprawdzić, czy nikt za nim nie idzie. Na górze, w pokojach administracji, poczuł, jak wielki ciężar spadł mu z piersi, gdy zobaczył otwarte drzwi do gabinetu doktora Weissa. A kiedy ciemne oczy spojrzały na Krausa spod drucianych okularów, ledwo się powstrzymał, by nie rzucić się na biurko i nie zapłakać:

– Zabrali mi moją sprawę!

W ciągu dwóch lat odkąd tu pracował, do gabinetu Weissa zawitał już wiele razy… ale wyłącznie po wsparcie psychiczne. Niełatwo było sobie radzić, gdy jego kompetencje podkopywali zarówno koledzy, jak i zwierzchnicy. Ale jeszcze nigdy, pomyślał Willi, nie poprosiłem zastępcy komendanta głównego o interwencję. Aż do teraz.

– Freksa chciał ją przejąć, bo to gorący temat, a on goni za sławą. Horthstaler mi ją odebrał, bo odsuwanie mnie od wszystkiego weszło mu w krew. Ale to mnie wezwano na miejsce zdarzenia i to ja złożyłem raport. Dlatego według wszelkich zasad ten worek kości powinien być mój. – Willi zrelacjonował sprawę przełożonemu. – Da się coś zrobić?

Weiss zmrużył oczy i odłożył długopis.

– Willi. Znamy się ile, osiem, dziewięć lat?

Pochylając do przodu swoją szczupłą, silną pierś, złączył dłonie i położył je na biurku.

– Wiem, że wykorzystanie naszej znajomości dla kariery to ostatnia rzecz, jaką byś zrobił. Ale inni mogą nie podzielać tego przekonania. Pomyśl, jak mogłoby to zaszkodzić twojej reputacji, gdyby…

– Mojej reputacji? – Willi nie znosił komuś przerywać, ale rozpoczynanie tego tematu nie miało sensu. – Nic już jej nie zaszkodzi, doktorze. Kimkolwiek bym nie był i czego bym nie robił, moi koledzy z zespołu widzą we mnie tylko Żyda o wielkim nosie. Nigdy nie interweniował pan w mojej sprawie, a mimo to wszyscy są przekonani, nawet Kommissar Horthstaler, że całą swoją karierę zawdzięczam wyłącznie panu.

Doktor Weiss zacisnął usta, wzdychając długo i głęboko.

– Nawet jeśli uznałbym, że to zasadne, nie mógłbym nic teraz wskórać, Willi. Sam jestem pod obserwacją.

Wpatrując się w niego, Willi poczuł ucisk w gardle. Nagle jakby go coś uderzyło i zrozumiał. Będąc pod ostrzałem zjadliwych antysemitów, Weiss – jeden z najbardziej prominentnych Żydów w całej służbie cywilnej – nie mógł pozwolić sobie nawet na najmniejszy skandal związany z protekcją. Willi poczuł, jak twarz płonie mu od gorącego wstydu, gdy zrozumiał, jak bardzo egoistyczna była jego prośba. Do cholery z tym nacjonalistycznym światem, pomyślał wściekły. Za to, w jakim położeniu stawia jego i Weissa.

– Wiem, że to frustrujące, Willi. Nawet więcej. – Ciemne oczy patrzyły na niego łagodnie, niemal z czułością. – To wręcz upokarzające. I smutne. Zostajesz policjantem, bo wierzysz w sprawiedliwość, a ciebie samego na każdym kroku spotyka coś zupełnie odmiennego. Ale zamiłowanie do tego, co słuszne, to niejedyna cnota, jaką musi posiadać policjant. Chodzi także o cierpliwość. Mądrość. Dystans. Poczucie obowiązku.

Willi poczuł, że worek kości wymyka mu się z rąk coraz dalej i dalej.

Dlaczego ten worek był dla niego taki ważny?

 

[1]     Cytat pochodzi z Biblii Gdańskiej (Efez. 2:1–3).