Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu

Film

Dyskretny urok burżujów. „Śmietanka towarzyska” [recenzja]

1 grudnia 2016

W dniu urodzin Woody’ego Allena postanowiłem bezczelnie zakpić z recenzenckich reguł, proponując tekst w dużej mierze oparty na autoplagiatach z poprzednich recenzji filmów Mistrza.

Krytycy (nawet niekoniecznie hejterzy) stale wyciągają łatwą do przewidzenia powtarzalność kolejnych Allenowskich fabuł. Dla mnie to właściwie żaden zarzut, więc spróbuję i ja. Tak jest: postanowiłem bezczelnie zakpić z recenzenckich reguł, proponując tekst w dużej mierze oparty na autoplagiatach z poprzednich recenzji filmów Mistrza, lecz z domieszką nowych spostrzeżeń, udając, że oto przedstawiam całkiem nowy produkt; nową, błyszczącą recenzję. (Jednakowoż figurujące tu „ciało obce” – lub „prawie-obce” – niechaj pozostanie wyróżnione pochyłą czcionką).

Ale to już było… i niech wraca częściej! Bo on chyba nigdy się nie zmieni. Mówię o Woodym Allenie.
Obawiałem się jego 46. obrazu. Całkiem niesłusznie, jak się okazało. Ciężko spodziewać się, żeby mistrz diametralnie zmienił się na starość, ale parę drobnych urozmaiceń w jego najnowszej propozycji się pojawiło. Znów rozpoczyna dzieło od czołówki z napisami i jak zawsze ma mnóstwo pomysłów na rozkręcenie fabuły. I mistrzowskie dialogi szczęśliwie pozostały na miejscu, a bohaterowie dążą do tego, co zwykle.

Jako reżyser zasadniczo nadal używa prostych środków, lecz zarzuty o teatr telewizji wystosowano mocno nad wyrost, a jako scenarzysta wciąż bawi się motywami z poprzednich filmów. Film trzyma przyzwoity poziom dzięki błyskotliwym dialogom (Woody Allen to solidna firma – nie dość że niejeden raz otrzymał Oscara za scenariusz, to każda jego postać zawsze musi być w najgorszym wypadku wybitnie inteligentna). Choć sam dowcip może nie jest tak cięty jak za dawnych lat, niewątpliwie daje radość i zapewnia rozrywkę wyższych lotów. W każdym razie wyższych niż te, o które statystyczny Kowalski miałby odwagę prosić, więc prawdopodobieństwo wyjścia z kina z zadowolonym grymasem jest całkiem spore. Tym niemniej raczej nie ma w filmie niczego ponad to, czego byśmy już nie widzieli w innych produkcjach niezmordowanego nestora kina autorskiego.

Staruszek do scenariusza przemycił i własną osobę. Poniekąd. Choć czterdziesty szósty film kinowy Allena jest czwartą z rzędu autorską produkcją bez jego aktorskiego udziału, ze swoich ulubionych neurotyków nie zrezygnował. Pierwszoplanowa postać grana przez Jesse’ego Eisenberga nawet ubiera się podobnie do twórcy Manhattanu. Nie zabrakło i jakże urodziwych reprezentantek płci pięknej. W świecie Allena najwyraźniej inne nie istnieją. No, chyba, że pojawiają się tylko w epizodzie…

Śmietanka towarzyska przedstawia Hollywood od kuchni: niewielu tu bowiem aktorów, a mnóstwo biznesmanów i wszelkiej maści agentów mniejszych lub większych rangą.

Dobra, już wystarczy tego starego. Z nowych rzeczy, to absurdalny wydaje się przede wszystkim zarzut o tautologiczny charakter narracji głosem samego Allena. Ma on bowiem nawet nie tyle tłumaczyć zaistniałe wydarzenia, co odnosić się do poetyki klasycznego okresu Hollywood; kreować lekki klimat obrazów z epoki, o której opowiada, mianowicie lat 30. ubiegłego stulecia. Faktycznie komentarze w przeważającej mierze są zasadniczo zbędne, lecz czy zwolennikom talentu nowojorczyka miałoby to przeszkadzać (szczególnie fanom Vicky Christiny Barcelony)? Szczególnie gdy rozpoczyna film lśniącym, zachwycającym kadrem tak, jak tutaj? Truizmem także wydaje się zasygnalizowanie wysokiego poziomu aktorskiego u całej obsady – bo czy nadal jest to zaskakujące w kontekście Allenowskich produkcji?

Śmietanka towarzyska przedstawia Hollywood od kuchni: niewielu tu bowiem aktorów, a mnóstwo biznesmanów i wszelkiej maści agentów mniejszych lub większych rangą. Ale to tylko otoczka dla wątków romantycznych (bo inne kwestie, jak chociażby nepotyzm/nie mów mi wuju!/ czy nieodłączna dla Allena żydowska tożsamość, są jedynie liźnięte) również spoza gwiazdorskiego high-life’u. A właściwie jednego wątku, bowiem akcja skupia się na wspólnych przygodach autentycznej miłości nieśmiałego, acz zuchwałego Bobby’ego (Eisenberg) i rozdartej emocjonalnie Vonnie (Kriten Stewart, w której rzeczywiście trudno się nie zadurzyć), marginalizując ich zalegalizowane związki z wujem Bobby’ego, Philem Sternem (Steve Carell) i Veronicą (Blake Lively) jako te nieistotne, niejako zastępcze.

„Bonusowe” wydają się nawet wątki poboczne – np. ten z z prostytutką Candy (Anna Camp) – choć najśmieszniejszy – pod względem fabularnym jest w zasadzie niepotrzebny. Allen, komponując tak naprawdę mało śmieszną, lecz wielce przyjemną Śmietankę, wykorzystał tani romantyzm O północy w Paryżu (lecz w znacznie bardziej przekonywającej formie), osadzając go w gangsterskich realiach Strzałów na Broadwayu. Twórca bawi się także widzem, realizując fantazję niemal każdego niepoprawnego romantyka, iż każdy dobry chłopak uganiający się za miłością swego życia w końcu dopnie swego. Proponuje jednak spodziewaną, smutno-gorzką puentę – bo czyż mogło być inaczej?

 

 

W tekście wykorzystałem fragmenty następujących recenzji własnego autorstwa: Najlepsze możliwe towarzystwo? „O północy w Paryżu”; It’s a kind of magic. „Magia w blasku księżyca”; Rzym – miasto klonów. „Zakochani w Rzymie”; „Blue Jasmine” – granica Woody’ego Allena dostępnych na portalu Filmowo – ciekawsza strona filmu.

Seans obejrzany dzięki uprzejmości Multikina Gdańsk

7744628.3

Śmietanka towarzyska
Tytuł oryginalny: Cafe Society
Scenariusz i reżyseria: Woody Allen
Występują: Jesse Eisenberg, Kristen Stewart, Steve Carrell
Gatunek: komedia
Produkcja: USA 2016