Czego szukasz?


Kategorie


Książka

"Czytanie z kości" [fragment okładki] / materiały Wydawnictwa MUZA S.A.

Książka

„Czytanie z kości”, czyli czytelnik na tropie morderstwa [wywiad]

28 stycznia 2016

Rozmowa z Jakubem Szamałkiem: „Zapędziłem się trochę w kozi róg, z którego wyjść mogłem jedynie poprzez nękanie swojego bohatera. Okrutne? Być może, ale niezbędne.”

Trzeci, po „Kiedy Atena odwraca wzrok” i „Morzu Niegościnnym”, kryminał Jakuba Szamałka ukazał się nakładem wydawnictwa Muza pod koniec listopada 2015 roku, a jego lektura na pewno sprawi wiele satysfakcji zarówno miłośnikom antyku (zwłaszcza tego mniej znanego), jak i wielbicielom detektywistycznych zagadek. Autor, scenarzysta CD Projekt RED, zaprasza czytelników do przeprowadzenia własnego śledztwa w sprawie morderstwa etruskiego króla.

 

Sasza Hady: „Czytanie z kości” to trzecia część cyklu o Leocharesie – skoro piszesz o nim tak długo, domyślam się, że musisz mieć dla niego trochę sympatii. Tymczasem już od pierwszych stron nieźle dajesz mu w kość: traci pracę, zostaje pobity, niesłusznie oskarżony i skazany… Potem są kolejne bójki, rany i nieszczęścia, z przymusowym goleniem nóg włącznie. Nie drgnęła Ci ręka? Nie kusiło Cię, żeby przełamać tę gorycz i jednak osłodzić trochę los swojego bohatera?

Jakub Szamałek: Trochę zadrżała, bo Leochares to w gruncie rzeczy swój chłop, ale musiałem go trochę przeczołgać dla dobra historii. Już w „Morzu Niegościnnym” się zarzekał, że „nigdy więcej”, więc życie musiało mu rzeczywiście mocno dopiec, aby podjęcie kolejnego niebezpiecznego śledztwa wydawało się kuszącą alternatywą. Już w drugim tomie dawał mu się we znaki wiek i stare kości – więc w trzeciej i ostatniej książce nie mogłem zrobić z Leocharesa superbohatera, który z każdej potyczki wychodzi zwycięsko. Słowem, zapędziłem się trochę w kozi róg, z którego wyjść mogłem jedynie poprzez nękanie swojego bohatera. Okrutne? Być może, ale niezbędne.

Jakub Szamałek / Fot. Marta  Grabiec

Jakub Szamałek / Fot. Marta Grabiec

SH: Superbohaterem może Leochares nie jest, ale zaskakująco często udawało mu się wyjść z rozmaitych opresji obronną ręką – profesor Bellmont, jedna z bohaterek współczesnego wątku książki, nazwała go mężczyzną, który nie chciał umrzeć. A właśnie: to największa różnica między poprzednimi dwoma tomami a „Czytaniem z kości” – tym razem zdecydowałeś się na inną kompozycję, równolegle z wątkiem Leocharesa prowadząc opowieść o śledztwie archeologicznym. Skąd ta zmiana powieściowej struktury – i to na koniec cyklu?

JS: Bo chciałem zrobić coś świeżego, nowego. Miałem wrażenie, że gdybym poprowadził fabułę klasycznie, na jednej płaszczyźnie chronologicznej, od A do B, odgrzewałbym wcześniej serwowanego kotleta. Oczywiście odsmażony kotlet też może być smaczny i pożywny, ale tym razem miałem ochotę przyrządzić czytelnikom bardziej wyrafinowane danie. Poza tym od dłuższego czasu chciałem pokazać podobieństwo między pracą detektywa i archeologa – i jeden, i drugi odtwarza pewną historię na podstawie niekompletnych danych – i wplecenie wątku współczesnego wydawało mi się dobrym sposobem na ukazanie tego. No i wreszcie: miło było na chwilę oderwać się od starożytności, nie przejmować się anachronizmami, nawiązać do własnych doświadczeń, wyposażyć bohaterów w telefony komórkowe, komputery i inne przydatne gadżety, których Leochares z przyczyn oczywistych używać nie może.

SH: Nie sądzę, żeby Twoi czytelnicy narzekali na nudę – za każdym razem odsłaniasz w swoich książkach jakiś nowy, ciekawy aspekt starożytności. W „Czytaniu z kości” dowiadujemy się nieco więcej o Etruskach i ich kulturze. Nie zachowało się do naszych czasów aż tak wiele przekazów o nich, tymczasem Twoja wizja ich codzienności wydawała mi się bardzo spójna i przekonująca. Dlaczego – mimo niewielkiej ilości dostępnego materiału historycznego – zdecydowałeś się opowiedzieć właśnie o Etruskach?

JS: Bo to, co o Etruskach wiemy, jest szalenie ciekawe. Ich granicząca z fatalizmem przesądność, połączenie wyrafinowanej kultury z krwawymi ceremoniami i ofiarami z ludzi, enigmatycznie uśmiechające się rzeźby, względnie, jak na tamte czasy, wyemancypowane kobiety, liberalne, jak byśmy to dziś powiedzieli, podejście do seksu… Chciałem ten świat zrekonstruować – i zaprosić do niego Czytelników. Często, myśląc o starożytności, sięgamy po pierwsze skojarzenie: Rzym, Grecja, Egipt. A to tylko część znacznie bogatszej epoki, mozaiki niezwykłych kultur.

SH: A teraz porozmawiajmy o konkretnym Etrusku: księciu Arancie, który zleca głównemu bohaterowi przeprowadzenie śledztwa w sprawie morderstwa. Przy ironicznym, zgryźliwym Leocharesie Aranth wydaje się postacią bardzo naiwną, niedoświadczoną, a momentami wręcz komiczną przez swoje przywiązanie do etruskich zwyczajów wróżebnych. Na początku młody książę wzbudzał we mnie głównie politowanie, ale później ani się obejrzałam, jak wyrósł na mojego ulubionego bohatera – taki kruchy, wrażliwy, a przy tym uparty i nieprzewidywalny. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy jego relacja z Leocharesem nie mogłaby się bardziej rozwinąć. Powiedz: czy budując tę postać, działałeś z premedytacją czy może Aranth stał się aż tak ciekawym bohaterem trochę „sam z siebie”?

JS: W tym wypadku wszystko poszło zgodnie z planem! Aranth właśnie taki miał być – pozornie słaby, potulny, ale w krytycznej sytuacji okazujący zaskakującą wytrwałość i hart ducha. Miło mi, że tak go odebrałaś. Zastanawiałem się, czy, hm, nie pogłębić jego relacji z Leocharesem – zgodnie z duchem czasów Leocharesa, tak jak innych Greków, młodzi i urodziwi mężczyźni pociągali tak samo jak kobiety – ale koniec końców wydało mi się to mało wiarygodne. W „Czytaniu z kości” Leochares jest już człowiekim starym, doświadczonym przez życie, po przejściach (swoją drogą, zabawna historia: w trakcie korekty wydawca zwrócił mi uwagę, że nie mogę Leocharesowi wybić górnej jedynki, bo już to zrobiłem w „Morzu Niegościnnym”, skończyło się na dalszych w kolejności zębach). Wydaje mi się, że nie w głowie mu były już romanse. Co prawda przed królową Seianti pręży pierś i obraca się lepszym profilem, ale to odruchowo, z samczej dumy. Nie wydaje mi się też, żeby Aranth miał się w takim szczerbatym, siwiejącym facecie zadurzyć…

czytanie-z-kosci-jakub-szamalek-wyd-muza

Wyd. MUZA S.A.

SH: Aranth to był strzał w dziesiątkę, ale w „Czytaniu z kości” trochę brakowało mi żony Leocharesa. Podczas lektury pierwszego tomu cyklu miałam wrażenie, że Lamia „dobija się” zarówno o uwagę własnego męża, jak i czytelników, w drugim tomie jest właściwie jedną z dwojga bohaterów pierwszoplanowych z własnym, bardzo ciekawym wątkiem, a w trzecim – no właśnie, trochę znika. Nie można jednak narzekać na brak postaci żeńskich w „Czytaniu z kości”: cały wątek współczesny jest zdominowany przez Ingę i nieco ekscentryczną profesor Avę Bellmont. Przyznaj – czy pracując nad fabułą i dialogami do „Wiedźmina”, nie tęsknisz trochę za ekscytującą archeologiczną przygodą? Jak często zdarzają się takie odkrycia, jak to, które stało się udziałem Ingi?

JS: Dla Lamii w fabule „Czytania z kości” niestety nie widziałem dobrego miejsca. Jeśli chodzi o jej poczynania, ręce mam dość mocno związane realiami historycznymi – w antycznej Grecji kobieta miała w ogóle nie wychodzić z domu, więc prowadzenie śledztwa w takich warunkach byłoby dość karkołomne. Lamia i tak jest jak na ówczesne czasy niezależną kobietą, taką proto-feministką właściwie, ale jednak pojechać z Leocharesem do Etrusków by nie mogła. W „Morzu Niegościnnym” znalazłem dobry pretekst, żeby umieścić ją w centrum wydarzeń, ale tu już nie mogłem się nim posiłkować. Jak zauważyłaś, mogłem za to wprowadzić dwie inne fajne postaci kobiece – które żyją w bardziej postępowych czasach i mogą robić na co tylko mają ochotę.

Za archeologią specjalnie nie tęsknię – między innymi dlatego, że takie ekscytujące odkrycia zdarzają się jednak rzadko. Większość pracy archeologa jest niezwykle żmudna – czy to w bibliotece, kiedy przerzuca się miesiącami opasłe woluminy, czy na wykopaliskach, gdzie 99% czasu odkrywa potłuczone garnki i obgryzione kości. Potem, rzecz jasna, można dzięki tej mrówczej pracy dość do fajnych konkluzji, coś zrozumieć. Ale codzienność archeologa mało ma wspólnego z Indianą Jonesem czy Larą Croft.

SH: Nie znoszę odpowiadać na to pytanie, więc z całą satysfakcją zadam je Tobie: którą ze swoich powieści lubisz najbardziej, a którą uważasz za najlepszą i dlaczego?

JS: A widzisz, mnie z kolei tego pytania nikt jeszcze nie zadał. Nie jest takie straszne, na pewno lepsze, niż „A skąd Pan czerpie inspirację?”. Brrr… Przechodząc do rzeczy: najbardziej lubię swoją pierwszą książkę. Z oczywistych powodów pisanie jej było jednocześnie bardzo trudne (nigdy wcześniej tego nie robiłem!), ale też dało mi mnóstwo satysfakcji. Natomiast najlepszą moją książką bez wątpienia jest właśnie „Czytanie z kości”. Wydaje mi się, że udało mi się w niej opowiedzieć niegłupią historię w niegłupi sposób.

SH: Czy przez „niegłupi sposób” rozumiesz między innymi oddanie przyjemności rozwiązania kryminalnej zagadki w ręce czytelników?

JS: Dokładnie tak. Kryminał to fantastyczny gatunek, ale ma jednak dość ciasne ramy. Wiadomo, najdalej na piątej stronie musi paść trup, a na ostatniej – główny bohater musi objawić tożsamość zbrodniarza. Czytelnik się tego spodziewa, więc ma poczucie, że nie musi się przesadnie skupiać na szczegółach, bo tajemnica koniec końców i tak się sama rozwiąże. Przy pisaniu trzeciej książki miałem wrażenie, że to ustawia odbiorcę w zupełnie pasywnej roli, że osłabia zaangażowanie w historię. Nie wiem, może to przez moją pracę przy grach, gdzie nieodzowny jest element interaktywny, a zatem gracz nie tylko odczytuje fabułę, ale i popycha ją do przodu? Postanowiłem więc złożyć na barkach czytelników trochę więcej odpowiedzialności – ale i dać większą satysfakcję, kiedy odgadnie się samemu tożsamość i motywacje mordercy. Przy uważnej lekturze nie jest to aż tak trudne – wszystko można, wzorem Sherlocka, wydedukować.

SH: Tradycyjne pytanie na koniec to „i co dalej?”, ale zadaję je ze szczerym zainteresowaniem, bo trylogia o Leocharesie jest definitywnie skończona. Chyba że pokusiłbyś się o prequel…

JS: Oj, za wcześnie jeszcze, żebym mógł się zadeklarować… Po skończeniu książki zawsze potrzebuję kilku ładnych miesięcy, żeby odreagować i oczyścić umysł, przez ten czas w ogóle nie myślę o pisaniu. Ale skoro pytasz – sądzę, że pora odpocząć od kryminału i sięgnąć po jakiś inny gatunek. Chyba porzucę też antyk – to moja ukochana epoka, ale ile można pisać o togach i wazach. Przy następnej książce wezmę pewnie na tapetę współczesność albo co najwyżej przeszłość nieodległą.

 

czytanie-z-kosci-jakub-szamalek

Autor: Jakub Szamałek
Tytuł: Czytanie z kości
Premiera: listopad 2015
Wydawnictwo: Muza S.A.
Ilość stron: 352

SaszaHady
Author

SaszaHady

<p>Autorka kryminałów o prywatnym detektywie Alfredzie Bendelinie („Morderstwo na mokradłach”, „Trup z Nottingham”), powieści obyczajowej o polskim gamedevie „Na końcu wchodzą ninja” oraz współscenarzystka gry „Wiedźmin 3: Dziki Gon”.</p>