Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu/ materiały prasowe

Film

Cudów nie ma, czyli traktat o witaminie M. „Sztuka kochania” po dwakroć [recenzja podwójna]

5 listopada 2017

Nie omawialibyśmy na Mieście Kultury zwykłego podręcznika seksuologii, gdyby trwale nie zadomowił się w rodzimej popkulturze. A jeśli komuś temat wciąż wydaje się mało z kulturą związany, proponujemy pod lekturę adekwatny podkład muzyczny. A na koniec przyjrzymy się filmowi Marii Sadowskiej. To wszystko akurat jesienią, gdy wszelkie amory pozornie obumierają.

Podobno sama Michalina Wisłocka zalecała pacjentom korzystanie z dobrodziejstw ulubionej muzyki, więc i my nie możemy być gorsi. A zważywszy na teorię, iż podobno wszystkie piosenki są o miłości, wybór wydaje się przeogromny. 

Lubieżne klimaty za dobrą monetę

Powszechnie za najlepszy afrodyzjak uchodzi twórczość Marvina Gaye’a. Let’s Get it On, What’s Going On i Here My Dear to lektury obowiązkowe, ale nadadzą się również pokrewne produkcje kolegów po fachu: Curtisa Mayfielda (Curtis, Superfly) czy Isaaca Hayesa (Joy, Shaft). Wielu osobom mogą zmięknąć kolana także na tembr głosu Otisa Reddinga w swych rzewnych balladach z najsłynniejszego albumu Otis Blue. Jeśli chodzi zaś o szeroko pojęty romantyzm wielką estymą cieszy się pożegnalny album Roxy Music Avalon (solówki Bryana Ferry’ego też ujdą) – wszak wiele par podobno spłodziło przy tej płycie potomstwo. A jeśli wolimy bardziej lubieżne klimaty, to zawsze można sięgnąć po niezawodnego Prince’a (w pierwszej kolejności: Dirty Mind, Parade, Purple Rain), a z nieco mocniejszego sortu – wczesne, nabuzowane testosteronem płyty Red Hot Chili Peppers z BloodSugarSexMagik na czele. Chyba, że wolimy starsze, bardziej rhythm’n’bluesowe nuty, to można skorzystać z „seksualnego” okresu schyłkowej twórczości Tima Buckleya (przede wszystkim Greeting from LA). Albo preferuje się bardziej bluesowy odcień rocka, to fajną opcją byłby Claptonowski krążek Layla and Other Assorted Love Songs nagrany pod szyldem Derek and the Dominoes. Jeśli zaś spragnieni jesteśmy bardziej gitarowych brzmień z nutą soulu, to najlepszym wyborem będzie Black Love Afghan Whigs (choć Genleman i 1965 tej samej formacji oraz debiutancki album „kontynuacji” tego zespołu, czyli Twilight Twilight Singers, będzie równie rozsądną decyzją).

Naturalnie szeroki wybór oferuje nam pop. Ograniczmy się tylko do paru nazw. Tears For Fears oferują nam nasiona miłości (Seeds of Love), a skoro sami The Beach Boys wyznają nam miłość (Beach Boys Love You), to również głupio nie skorzystać. A jeśli w naszej duszy najintensywniej gra nam jednak indie pop, to monumentalne dzieło Stephina Merritta czyli potrójny album 69 Love Songs wydany pod szyldem The Magnetic Fields będzie spełnieniem marzeń. Chyba że ktoś nie ma tyle czasu, to może być i Love at the Bottom of the Sea. A może musical? Here Lies Love Davida Byrne’a (dawniej lidera Talking Heads) i Fatboy Slima lub beatlesowski Love?

Aby spróbować czegoś mniej oczywistego, za dobrą monetę możemy wziąć samą nazwę kapeli i wybrać albo tuzów polskiego jazzu Miłość albo doorsowską psychodelię amerykańskiego Love (zwłaszcza Forever Changes, ewentualnie Da Capo). Ale to raczej w dzień. Na noc najlepiej zaaplikować sobie pożegnalny album tria Morphine o tytule (niespodzianka!) The Night albo wczesnego Toma Waitsa (debiutancki Closing Time musowo, chyba że komuś mało, to jeszcze jego następcę The Heart of Saturday Night). Można i skosztować dorobku największego orędownika miłości i pokoju, Boba Marleya (Catch a Fire, Exodus)… A w Polsce najlepsze erotyki pisał Grzegorz Ciechowski. Na każdej płycie Republiki i Obywatela G.C. znajdzie się coś ciekawego. A skoro jedna z najlepszych rodzimych songwriterek sporządziła przed laty debiutancki solowy krążek o tytule Love, to należałoby sięgnąć i po debiut Edyty Bartosiewicz…

Dobra, koniec tego dobrego: wciskamy play i bierzemy się za lekturę Traktatu o witaminie M.

Traktat o witaminie M.

Pół żartem pół serio można stwierdzić, że skoro prostytucja to najstarszy zawód świata, to najstarszą sztuką musi być sztuka miłości. Lecz nie bez kozery Wisłocka swą debiutancką i najbardziej znaną książkę tytułuje Sztuka kochania, a nie Sztuka seksu. Nie jest to bowiem techniczny instruktarz, a w większym stopniu (popularno-)psychologiczny poradnik. Sztukę kochania można byłoby z powodzeniem włączyć do listy lektur obowiązkowych wychowania do życia w rodzinie (ewentualnie biologii czy WOS-u) – najlepiej już w gimnazjum. I zgaduję, że byłaby to jedyna lektura, do której nie trzeba byłoby nikogo zmuszać.

Obawiam się, że mało kto sprostałby napisaniu równie obszernej, a przy tym ciekawej książki na temat własnej profesji. Okazuje się bowiem, że poza byciem dobrym naukowcem, autorka była przy okazji obdarzona również niemałym talentem literackim. Ponadto Wisłocka musiała wykazać się nie lada odwagą, by mądrzyć się na temat miłości jako ekspertka i to w pruderyjnych czasach, gdy nie mówiło się głośno o równie intymnych potrzebach i dolegliwościach. W konsekwencji publikacja momentalnie została fenomenem socjologiczno-kulturowym, o czym świadczy choćby liczba nielegalnych dodruków. Omawiana przez nas edycja na (prawie)czterdziestolecie oryginalnego wydania jest, rzecz jasna, jak najbardziej oficjalna.

Nie bez kozery Wisłocka swą debiutancką i najbardziej znaną książkę tytułuje Sztuka kochania, a nie Sztuka seksu. Nie jest to bowiem techniczny instruktarz, a w większym stopniu (popularno-)psychologiczny poradnik.

Książka z 1978 roku powraca teraz, w czasach szerokiego i śmiesznie łatwego dostępu do najróżniejszego typu pornografii, wszechobecnego erotyzmu, a także przeróżnych poradników wątpliwej marki, bez których ani rusz (choć oczywiście statystycznemu czytelnikowi nawet nie przyjdzie do głowy rzekomych faktów zweryfikować). Przeważająca większość osób z problemami nie zwróci się o pomoc do rodziców czy rodzeństwa, a prędzej do zaufanych przyjaciół, a najlepiej do specjalisty. Wisłocka na kartach swej najgłośniejszej książki najczęściej brzmi niczym dobra ciocia, która nie krępuje się mówić „o tych sprawach” i nie tylko wspomoże dobrą radą, ale wysłucha i nie nakabluje rodzicom, że z waszym partnerem/ką już współżyjecie. Wisłocka posiada bowiem niezwykle dużo empatii wobec swoich pacjentów. W swych spostrzeżeniach niezwykle często odwołuje się nie tylko do przeżyć znajomych lub pacjentek, ale także do przykładów z literatury, muzyki czy malarstwa. Dzisiejsi czytelnicy mogą tylko żałować, że nie można już skonsultować z autorką własnych bolączek.

W tak sielskim kontekście dziwią nie tyle opisy skutków ubocznych przerywania ciąży, lecz coś zgoła innego. Najbardziej zaskoczyło mnie, że autorka nie szczypie się z określeniem skrobanka. Spodziewalibyśmy się chociaż prefiksu za przeproszeniem dla złagodzenia wymowy tego drastycznego, niemal wulgarnego wyrażenia w sąsiedztwie tych wszystkich pięknych słów na temat witaminy M, czyli miłości. Mimo że treść już z założenia niejako atakuje pruderię, Wisłocką cechuje uroczy konserwatywny temperament: krytykuje filmy (oczywiście na czele z pornografią), wychwala książki, broni listów miłosnych jako dowodu głębszych uczuć (z całą pewnością z jej zajadłą krytyką spotkałyby się SMS-y). Niemniej jednak uderza w pewną potężną instytucję, która zawsze miała wielki problem z każdym seksem „niezalegalizowanym”.

Oj, Wisłocka chyba polubiłaby facebookowy fanpage Żadnego ślubu przed seksem. Twierdzi bowiem, że czekanie z dziewictwem do ślubu, to metoda tyleż szlachetna, co ryzykowna. Sztuka kochania idzie bowiem w parze z mentalnym docieraniem się (hehe) partnerów, toteż autorka o przygodnym seksie wypowiada się niepochlebnie – jako o stosunku z góry skazanym na niepowodzenie. Nie potępia, co prawda, tego „występku”, lecz ostrzega, że nie ma co po nim oczekiwać zbyt wiele. Oczywiście czasem może się zdarzyć, iż ten kot w worku okaże się doskonałym łupem, lecz nie warto zanadto zgrywać naiwnego marzyciela, jak Ania Dąbrowska. Cudów (raczej) nie ma.

Przestrzega również, by nie traktować współżycia jako małżeńskiego obowiązku. Zdroworozsądkowa asertywność nakazywałaby przyznać się partnerowi, że nie podziela się entuzjazmu w sytuacji, gdy druga strona znacznie przewyższa nas chucią. Co więcej, należy też samemu się uważnie zbadać w tej kwestii – autoerotyzm jest podstawą rozkoszy. Świetnie, że pani doktor zwraca również uwagę na tendencje, które do dziś utrzymują: że większość osób woli wziąć coś na uspokojenie, czyli bawić się w farmakologię, niż pracować nad samodyscypliną, aby organizm sam nauczył się radzić z przykrymi doświadczeniami. Z drugiej jednak strony nie jest też zwolenniczką dobierania się idealnych kochanków za wszelką cenę. Często bardziej opłaca się spokojna, przewidywalna stabilizacja bez fajerwerków zamiast szalonych, kosmicznych uniesień z istnym demonem seksu.

Nikogo przesadnie nie zdziwi, że z lektury Sztuki kochania wynika, iż to kobietę trudniej zadowolić, gdyż posiada znacznie więcej stref erogennych, co utrudnia osiągnięcie satysfakcji (nawet jeśli Mick Jagger przed laty osobiście uskarżał się na tę niemożność). Choć Sztuka kochania niewątpliwie koncentruje się na kobietach, autorka naturalnie nie zapomina o tym, by również i mężczyźni czerpali satysfakcję ze współżycia. Damy mają więc okazję dowiedzieć się, jak mogą poprawić jakość swych szczytowań, a mężczyźni nauczą się, jak dogadzać swym partnerkom (bo dogodzić sobie zapewne potrafi niemal każdy z nich).

Michalina Wisłocka, źródło: Wikimedia

Co zatem zaleca naczelna polska seksuolożka? By się pruderyjnie nie hamować za wszelką cenę, lecz korzystać z życia, byle z głową. Seks to zdrowie i poza lękami natury religijnej nie ma przeciwwskazań – byle osoba była odpowiednia (i odpowiedzialna). Podobnie jak w życiu, recepta Wisłockiej jest w zasadzie prosta. Trzeba dbać o siebie, pracować nad sobą, dobrze poznać partnera, by związek rósł w siłę – także seksualną. Należy przede wszystkim się dogadać, a nie liczyć, że ktoś będzie nam siedział w głowie, wszystkiego się domyśli i, najlepiej, odwali za nas brudną robotę. Niby to zawsze było jasne i logiczne od zawsze, ale najwyraźniej nie dla wszystkich, skoro taka pozycja musiała powstać.

Warto zatem to wszystko sobie przeanalizować i przeczytać Sztukę kochania. Może raz jeszcze. W końcu wciąż pokutuje przekonanie, że w treść drukowaną rozsądniej jest wierzyć niż w internetowe mądrości. Ponadto obawiam się, że świadomość płciowa dzisiejszych młodych i starszych Polek (już nie mówiąc o panach) – szczególnie wobec kobiecej płodności oraz jej cyklu – wciąż pozostawia wiele do życzenia.

Oczywiście można być mistrzem – istnym ogierem czy prawdziwą seksbombą – bez lektury choćby jednego zdania Wisłockiej – o ile partnerzy są otwarci (zarówno na eksperymenty, jak i udoskonalanie fachu), dbają o siebie nawzajem, potrafią się słuchać, kochać swe ciała albo mieć to szczęście urodzić się z talentem, wrażliwością i empatią w tej niełatwej dziedzinie. Co istotne, Wisłocka zajmuje się oczywiście tylko „klasyczną” miłością heteroseksualną, pomijając wariant homoseksualny czy grupowy, lecz większość prawideł jest w zasadzie uniwersalnych. Nie ma też słowa analnym, a seks oralny potraktowano nader skromnie.

To nie koniec drobnych uchybień czy raczej przemilczeń. Gdy mowa o piersiach, brakuje mi choćby drobnej dygresji na temat biustu sztucznie powiększonego lub pomniejszego (np. czy istnieje niebagatelna różnica w odczuwaniu pieszczot?). Poza wspomnieniem, iż istotnie może przejść on taką „obróbkę”, nie ma tu ani słowa o ewentualnych konsekwencjach takich czy innych chirurgicznych ingerencji w ciało kobiece tudzież męskie: zarówno korzystnych, jak i nieprzyjemnych. „W zamian” otrzymujemy garść zaskakujących anegdot, jak choćby ta, że blondynki lepiej od brunetek wyglądają w trakcie… płaczu oraz pouczający przykład, że raper Peja pseudonim dobrał sobie wyjątkowo niefortunnie. Interesującym aspektem jest również fakt, jak wiele miejsca poświęcono tu zapachom.

Jak się okazuje, słusznie podchodziłem do rozdziału o antykoncepcji ostrożnie, gdyż to dział prężnie rozwijający się. Najnowsze wydanie Sztuki kochania zawiera dodatkowy rozdział Beaty Wróbel i Mirosława Wielgosia, który prostuje i uzupełnia wspomnianą część. Przede wszystkim naukowcy pochylają się tam nad seksem jako zagadnieniem zdrowotnym.

Cudownie żwawy opór

Na koniec poświęćmy chwilę filmowi Marii Sadowskiej. Nie do końca udanemu, niestety. Reżyserka najwyraźniej pozazdrościła „amerykańskości” Bogów Łukasza Palkowskiego i przejaskrawiła swoje dzieło jeszcze bardziej w ową stronę. Wszystko się tu bowiem udaje, nawet jeśli ma iść opornie. Ale jakoś cudownie żwawy ten opór.

Michalina (Magdalena Boczarska) – swojska pani od spraw kobiecych uwikłana w pokomplikowany trójkąt miłosny – przebojem podbija serca wszystkich szarych obywateli i spędza sen z powiek przedstawicielom władz. Protagonistka ma wszak ważną misję do spełnienia: pragnie, by Polacy o świntuszeniu mówili bez ogródek. Na domiar złego wszystkie pacjentki oczywiście uwielbiają charyzmatyczną panią doktor, a wyrażają ów uczucie poprzez dobijanie się drzwiami i oknami do jej gabinetu. Ewangelia wg Wisłockiej działa.

W kategoriach filmu mainstreamowego to w zasadzie projekcja bez większego zarzutu. Choć seans przyjemnie płynie, nieco drażni efekciarskość scen widowiskowych (i wbrew pozorom wcale nie mam tu na myśli łóżkowych momentów) oraz jakby „propagandowy ton” tej nazbyt lekkiej i wesołej historii (choć to, zgaduję, celowe zagranie pani reżyser, której poszło tym razem nieco lepiej niż w przyzwoitym debiucie Dzień kobiet).

I co znamienne: Sztuka kochania w zasadzie jest mało erotyczna. Gwoli ścisłości wszyscy się tu chędożą na potęgę, lecz niewiele tu przekonywającej namiętności, pożądania, tak jakby całą emocjonalność wykastrowano z uniesień duszy. Jak mniemam mógł to być równie dobrze zabieg w pełni świadomy, by seks ukazać jak najzwyklejszą w świecie czynność. Ale czy każdej pospolitej błahostce tak często poświęca się cały metraż? Ba, że filmy ukazujące go w roli głównej doczekają się osobnego gatunku?

Swoją drogą, strasznie to dziwne, że przy całym zalewie pikantnych komedyjek i tego typu produkcji w kinematografii niezwykle rzadko porusza się głębiej problemy małżeńskiego pożycia, a raczej jego łatwych do przewidzenia skutkach (rozstania lub zdrady) aniżeli jego zapewne znacznie ciekawszych przyczyn (i bynajmniej nie trzeba do tego celu sięgać po komponenty pornograficzne). Na ogół złożona kwestia jest kwitowana zwykłym frazesem „problemów w łóżku”, a scenarzysta ani reżyser drażliwego tematu wolą nie drążyć – a całkiem niesłusznie. Najbliższy tego zagadnienia był fenomenalny Wstyd Steve’a McQueena, lecz był to wszak portret osobistej tragedii samotnika. Aż prosi się, by za temat zabrał się Woody Allen…

Seans obejrzany dzięki uprzejmości Multikina Sopot

Sztuka kochania
Autor: Michalina Wisłocka
Wydawca: Agora
Liczba stron: 312
Data premiery: 2016-11-30
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2016

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej
Reżyseria: Maria Sadowska
Scenariusz: Krzysztof Rak
Występują: Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Karolina Gruszka
Czas trwania: 115 minut