Czego szukasz?


Kategorie


Film

fragment plakatu/ źródło: Multikino

Film

Ciężar sentymentu. David Gilmour na żywo w Pompejach w Multikinie [relacja]

17 września 2017

 

Gilmour powraca do włoskiego amfiteatru i mierzy się z legendą własnego zespołu.

W ramach introdukcji dostaliśmy tylko 10 minut relacji z przygotowań i sentymentalnej refleksji i już po chwili startuje koncert.  Zastanawiałem się, na ile „nowe Pompeje” będą odnosić się do osławionego obrazu, który portretował zespół pod wodzą Rogera Watersa na scenie, ale także (w wersji reżyserskiej) i w studiu oraz za kulisami. Pink Floyd Live at Pompeii cechuje bowiem taki pompatyczny rozmach, taka majestatyczność, że fanów formacji wprowadza w zachwyt, a jego przeciwników doprowadza do pasji. Żartobliwie można zasugerować, że jeśli pomyślnie przejdziesz pompejowy test, to znaczy, że będziesz wyrozumiały dla wszystkich poczynań formacji. Jeśli nie – to nie jest zespół dla ciebie. Autor tych słów, co prawda, nie zalicza się do szczególnych fanów tamtej projekcji, lecz wciąż darzy grupę sympatią i szacunkiem.

O ile wydumany obraz Adriana Mabena (zrealizowany bez udziału publiczności) rościł sobie pretensje do bycia odrębnym dziełem sztuki samym w sobie, tak solowo-gilmourowy odpowiednik to jedynie „zwyczajny”, fajny koncert pozbawiony ciężaru sentymentalnego oraz wpadek wykonawczych, acz atrakcyjnie nakręcony, nastrojowo oświetlony i przyjemnie zmontowany. Koniecznie trzeba też wspomnieć o świetnym przestrzennym dźwięku Dolby Atmos.

Pink Floyd Live at Pompeii cechuje taki pompatyczny rozmach, taka majestatyczność, że fanów formacji wprowadza w zachwyt, a jego przeciwników doprowadza do pasji.

Sam 70-letni David również prezentował się wokalnie i instrumentalnie bez zarzutu (bo fizycznie – nie mnie oceniać). Oczywiście w interesie Gilmoura było promowanie ostatniego albumu Rattle That Lock (stąd na wejście usłyszeliśmy tytułowy track poprzedzony  5.A.M., a później A Boat Lies Waiting pamięci Ricka Wrighta oraz In Any Tongue z ciekawą wizualizacją, którą można było oglądać także przed rokiem we Wrocławiu), ale z poprzednich płyt pojawiło się już tylko The Blue i tytułowy numer z trzeciego krążka On an Island. O niezatytułowanym debiucie czy About Face ani widu, ani słychu. Aczkolwiek w Multikinie zabrakło paru najnowszych utworów solowych gitarowego mistrza (Faces of Stone, Today), a także floydowych kawałków Fat Old Sun i przede wszystkim Money, które uwzględnia tracklista wydawnictw CD, DVD i Blu-ray z tego koncertu. Zatem jeśli ktoś chce poznać przedstawienie w pełnej krasie bogatsze o dobre pół godziny materiału, będzie musiał nabyć którąś z powyższych edycji, które na sklepowe półki trafią już pod koniec września.

W konsekwencji musiało być więcej Floyda – obok obowiązkowych pieśni, jak monumentalna High Hopes, hipnotyczna, instrumentalna One of These Days, nieśmiertelna, gremialnie odśpiewana Wish You Were Here (tym razem David oddał solo pianiście) czy trochę w mniejszym stopniu Run Like Hell z The Wall (na potrzebny której cały skład przywdział okulary przeciwsłoneczne), pojawiły się takie nieoczywistości, jak What do You Want from Me z The Division Bell czy Sorrow z Momentary Lapse of Reason, które nigdy nie dorobiły się statusu hymnów, jak te poprzednie wymienione. Ponadto wiadome było, że Szalony diament musi zaświecić. Skoro tenże hołd dla Syda Barretta się pojawił, szkoda, że jego kolega nie poszedł za ciosem i nie zaprezentował również Astronome Domine autorstwa pierwszego frontmana Pink Floyd. W tak niezwykłej scenerii mogło to wypaść naprawdę porażająco.

Nie mogło oczywiście zabraknąć fragmentów słynnej The Dark Side of the Moon. Tym razem jednak Time, które płynnie przeszło w Breathe (in the Air) nie zaproponowano na wejście (jak np. w Remember That Night – Live In Royal Albert Hall czy w pamiętnym gdańskim koncercie), a niemal na „wyjście”. Dużo wcześniej usłyszeliśmy jeszcze jeden z najbardziej pamiętnych momentów Ciemnej strony księżyca, mianowicie The Great Gig in the Sky, co stanowiło piękne upamiętnienie kompozytora tego utworu, klawiszowca Richarda Wrighta. Tym bardziej, że ekspresyjna i niewerbalna wokaliza Clare Torry została tu brawurowo zinterpretowana przez trzyosobowy chórek mieszany. Jak dla mnie najmocniejszy moment projekcji.

Największy ryk publiczność zgotowała na pierwsze dźwięki utworu stanowiącego najwybitniejszy przykład kolaboracji z Rogerem Watersem, a później ochoczo pomagała gitarzyście w śpiewaniu refrenu (Watersowe zwrotki przejął jeden z klawiszowców). Comfortably Numb to jeden z tych numerów, przy których włos jeży się na głowie. Lepszego finału nie można sobie wymarzyć. Warto było czekać blisko dwie godziny.