Czego szukasz?


Kategorie


Muzyka

Tortoise/ materiały prasowe

Muzyka

Bez dyskusji. Tortoise w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim [relacja]

7 listopada 2016

Jeżeli studyjne albumy Tortoise jeszcze nie wszystkich przekonały, że oto mamy do czynienia z jednym z najważniejszych składów muzyki ponadgatunkowej, koncerty formacji nie pozostawiają już co do tego złudzeń.

Krytycy raczej z lenistwa niż ze słusznych pobudek wrzucają ich do post-rockowego worka, a Tortoise niewiele mają wspólnego z najbardziej znanymi reprezentantami tego nurtu, jak Mogwai, Sigur Ros czy Slint. Żadna z tych kapel tak jawnie i ochoczo nie flirtuje z jazzem, naprawdę rzadko cechuje ich tak energetyczny, rockowy (szczególnie krautrockowy) puls, co najwyżej zdarza im się korzystać równie śmiało z dobrodziejstw elektroniki. Choć podobnie jak u nich (z wyjątkiem Sigur Ros) wokale ograniczone są do minimum, a 2 listopada w Teatrze Szekspirowskim nie usłyszeliśmy ani jednej wokalizy. Zazwyczaj długie kompozycje Tortoise cechują repetycje, które wprowadzają słuchacza w błogi, hipnotyczny stan – nawet na stojąco!

Krytycy raczej z lenistwa niż ze słusznych pobudek wrzucają ich do post-rockowego worka, a Tortoise niewiele mają wspólnego z najbardziej znanymi reprezentantami tego nurtu, jak Mogwai, Sigur Ros czy Slint.

Naprawdę nie ma znaczenia, kiedy ostatnio wydali płytę i czy była lepsza lub gorsza na tle poprzednich (choć ciężko nie przyznać, iż tegoroczny, siódmy, wydany po tyluż latach milczenia album The Catastrophist jest zaiste interesujący, a przy tym całkiem przystępny). Doprawdy nieistotne, ile poświęcono miejsca nowemu wydawnictwu (bo oczywiście usłyszeliśmy zeń parę kompozycji), a ile starociom. Ważne jest nie to, co grają, ale to, że w ogóle grają i jak kapitalnie przewyższa to to, czego możemy doświadczyć w domowym zaciszu z kawałka plastiku, a raczej już z pliku dźwiękowego.

Tradycyjnie publiczność zagajał (zresztą bardzo rzadko) nie szef zespołu John McEntire, lecz łysy i brodaty Doug McCombs – przede wszystkim basista, lecz czasem łapiący za gitarę elektryczną. Z kolei jego czarnoskóry kolega Jeff Parker z elektrykiem prawie się nie rozstawał – dopiero w trakcie bisów pozwolił sobie na zdradę z wibrafonem. Pozostała trójka panów – wspomniany McEntire, Dan Bitney i John Herndon – lawirowała między wiosłami, klawiszami, bębnami i wibrafonami. Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie multiinstrumentalność członków zespołu wpływa na magię ich muzyki oraz na to, że jeszcze się nią nie znudzili od 26 lat. A faktycznie bodaj nie zagrali dwóch kompozycji w identycznym składzie (w tym częstokroć prezentowali utwory oparte na dwóch perkusjach, a jeden na dwóch partiach gitary basowej).

Chciałoby się zbagatelizować fakt, że próbowali opuścić scenę po niespełna godzinie. Na szczęście motywowani entuzjazmem publiczności dobili łącznie do wymiaru półtoragodzinnego, więc niedosyt nie okazał się aż tak dotkliwy. Nie zmienia to faktu, że na ewentualnym kolejnym występie w Trójmieście koniecznie trzeba będzie się pojawić. Bez dyskusji.