Czego szukasz?


Kategorie


Moda & Trendy

WHERE THE BEATLES BOUGHT THEIR FIRST INSTRUMENTS..LIVERPOOL / Fot. ronsaunders47 via Foter.com / CC BY-SA

Moda & Trendy

Beatlemania – opętanie czy obłęd? Cz. IV Czas rekordów

20 grudnia 2015

Jakby Beatlesi nie mieli dość własnych zajęć, w czasach rozkwitu beatlemanii zdążyli jeszcze napisać wiele piosenek dla innych wykonawców – choć pozostawali wciąż najlepszymi interpretatorami własnej twórczości.

Miało to być niejako zabezpieczenie na przyszłość. Gdyby byli niezdolni utrzymać własnej kariery na dłuższy okres, mogli jeszcze z powodzeniem wyrobić sobie markę jako kompozytorski tandem Lennon/McCartney. Najczęściej obdarowywanym przez nich był Billy J. Kramer And The Dakotas (Love Of LovedBad To MeThat Means A Lot), a także Gerry And The Pacemakers, Cilla Black, Big Three. W późniejszych latach również i Harrison oddawał swoje kompozycje – i to często najwyższej próby. Jeszcze w czasach istnienia grupy podarował Sour Milk Sea Jackiemu Lomaxowi na wyprodukowany przez siebie longplay Is This What You Want?. Z kolei Something najpierw nagrał Joe Cocker zanim wziął go na warsztat sam autor na beatlesowskiej Abbey Road, a u zarania kariery solowej sprezentował My Sweet Lord Billy’emu Prestonowi (cichemu współautorowi kompozycji) – wszelako znów i ta kompozycja nie stała się ogromnym hitem niczym autorska wersja.

The Beatles w wielu aspektach byli pionierami, a jeszcze częściej rekordzistami. Do dziś nie został pobity ten najbardziej imponujący rekord z 4 kwietnia 1964 roku. Tego dnia na amerykańskiej oficjalnej liście przebojów Billboard Beatlesi nie dość, że zajęli pierwsze pięć miejsc, to pozostałe siedem kompozycji uplasowało się w pierwszej setce, zajmując miejsca: 28., 33., 41., 61., 77., 86. oraz 97. (dodatkowo lista odnotowała tam także utwór World Without Love Lennona i McCartneya w wykonaniu Peter & Gordon). Nawet jeśli pamiętamy, że USA zachłysnęła się beatlemanią z opóźnieniem – przez co miała „do nadrobienia” w krótkim czasie wiele kompozycji naraz – to i tak jest to imponujący wynik, który wszelako w pełni nie tłumaczy równie entuzjastycznego przyjęcia nowicjuszy „z dalekiego kraju”. Paradoksalnie mogło się to wiązać z faktem, iż Fab4 na dobrą sprawę „kradli” przecież garściami z amerykańskiej kultury: pożenili bowiem rock’n’rolla Chucka Berry’ego i Elvisa Presleya ze słodkimi harmoniami Every Brothers, przebojowością Buddy’ego Holly’ego oraz brzmieniami wytwórni Tamla Motown. Można zatem powiedzieć, że była to swego rodzaju egzotyka w pełni akceptowalna przez szerokie grono odbiorców. Byli jak gdyby lepsi od Amerykanów w ich własnej dziedzinie.

Fab4 na dobrą sprawę „kradli” garściami z amerykańskiej kultury: pożenili bowiem rock’n’rolla Chucka Berry’ego i Elvisa Presleya ze słodkimi harmoniami Every Brothers, przebojowością Buddy’ego Holly’ego oraz brzmieniami wytwórni Tamla Motown.

Innym niebagatelnym rekordem była 73-milionowa publiczność (60% mieszkańców USA) zgromadzona przed telewizorami w noc 9 lutego 1964 r. w ramach programu Eda Sullivana, gdzie byli największą atrakcją w repertuarze (choć nikłe honorarium łącznie za ten i dwa następne występy było śmiesznie małe nawet jak na debiutantów). Wcześniejszy rekord należał do Presleya z wynikiem 60 milionów widzów. Według statystyk podczas tego niecałego kwadransa, który wypełniła muzyka zespołu, w całych Stanach Zjednoczonych nie popełniono żadnego przestępstwa przez młodocianych (i nie tylko), co pozwoliło George’owi Harrisonowi pochwalić się, że najwyraźniej nawet przestępcy zrobili sobie chwilę przerwy, by zobaczyć jego ekipę w akcji. Powszechnie znanym aspektem transmisji były także słynne podpisy. McCartney, Harrison i Starr zostali wymienieni z imienia. Tylko postać Lennona uzupełniono adnotacją „sorry, he’s married” („przykro nam, jest żonaty”). Ponadto Sullivan ogłosił, że sam Elvis z menagerem „pułkownikiem” Tomem Parkerem życzą im powodzenia.

Jak dowodzi słynny dokument braci Maysles What’s Happening – The Beatles in USA (dziś dostępny jako The First US Visit), Beatlesi traktowali swą niewyobrażalną dotąd w skali świat sławę z niesłychaną nonszalancją – jak gdyby sami do końca nie zdawali sobie sprawy z socjologicznych zmian, których byli źródłem. W trakcie projekcji widzimy ich bezustanne wygłupy: jakby cieszyli się z – potencjalnie tylko chwilowej – popularności zanim „bańka mydlana pęknie”, co namolnie powtarzali im wszyscy dziennikarze. Co stanie się po skończonym sukcesie? – stanowiło ulubione pytanie natrętnych, żądnych sensacji pismaków – być może łaknących splendoru, będącego ich udziałem.

Zapotrzebowanie na ich występy były tak ogromne, że Beatlesi jako pierwsi dawali koncerty na stadionach. Nawet wtedy młodzież krzyczała tak intensywnie, iż wykonawcy stojąc obok siebie, nie słyszeli się nawzajem – choć w tych pionierskich dla koncertów stadionowych czasach nikt jeszcze nie pomyślał, by umieścić publiczność również na płycie stadionu. Zatem słuchacze-krzykacze znajdowali się zazwyczaj w znacznej (bo wielometrowej) odległości od punktu uwielbienia, produkującego się na scenie, co wszak nie przeszkodziło im skutecznie zagłuszać prezentowanych przebojów. Stąd też na wielu pirackich koncertówkach słyszalne są fałsze i falujące tempo utworów. W przypadku słynnego koncertu na stadionie Shea dogrywki (nawet całych piosenek) były koniecznością, by rejestracja w ogóle nadawała się do publikacji. Perkusista zresztą wielokrotnie dowcipnie wspominał, że w tamtych czasach rozpoznawał dany utwór po ruchach pośladków kolegów.

Dzisiejsze sprawne ekipy organizujące występy największych gwiazd mogą się wiele nauczyć z historii The Beatles i najwyraźniej tak się właśnie stało. Ówczesne sprzęty nagłaśniające nie dawały rady przebić się przez odgłosy publiczności. Harrison stwierdził, że specjalnie dla nich zaczęto produkować „aż” 100-watowe wzmacniacze. Dziś taka moc urządzeń jest normą – ale w zaciszach domowych, gdyż nie sposób wykorzystać takowego na koncertach stadionowych. Ochrona również nie przywykła do takich rozruchów i często nie zapewniała należytego bezpieczeństwa ani odpowiedniej organizacji. Sami Beatlesi –  zahartowani wielogodzinnymi występami na hamburskich scenach – teraz grali standardowo w wymiarze zaledwie półgodzinnym. Nie była to bynajmniej norma w muzyce popularnej, gdyż większość ówczesnych wykonawców przebywała na estradzie znacznie dłużej.

The Beatles w studiu i na estradzie byli niejako dwoma różnymi zespołami. Rosnącą frustrację napędzaną trudami życia w trasie pogłębiał prymitywny osprzęt ówczesnych hal, które uniemożliwiały powtórzenie coraz bardziej wymagającego, eksperymentalnego brzmienia późniejszych studyjnych utworów, co zmuszało kwartet do odgrywania wciąż starego, nieaktualnego (choć maksymalnie zaledwie kilkuletniego) repertuaru. Jednak dla nich była to już cała epoka w artystycznym rozwoju. Toteż w 1966 roku definitywnie postanowili skupić się wyłącznie na pracy w studiu. 29 sierpnia tamtego lata w San Francisco dali swój ostatni regularny koncert w karierze. Jedynie 30 stycznia trzy lata później wyszli na dach własnej firmy Apple, by dać krótki, improwizowany występ – przerwany jednak interwencją policji zaalarmowanej przez skargi mieszkańców domagających się zaprzestania hałasu.

 

C.D.N.

Przeczytaj także:

Beatlemania – opętanie czy obłęd? Cz. I

Beatlemania – opętanie czy obłęd? Cz. II Nie wierzę politykom

Beatlemania – opętanie czy obłęd? Cz. III Podbój Ameryki