Czego szukasz?


Kategorie


Hip-hop

fragment teledysku "Lemonade", źródło: YouTube/ Sub Pop

Hip-hop

Asceza i fanaberia. CocoRosie w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim [relacja]

14 maja 2016

Ulubienice hipsterów i feministek powróciły do Trójmiasta. I to z niespodziewanie dobrym skutkiem.

Przy całym zalewie współczesnych rzekomych „oryginalnych” artystów, siostrzanego duetu CocoRosie naprawdę nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. Mogłoby się wydawać, iż abstrakcyjna i ascetyczna, a jakże spokojna i wyciszona twórczość Bianki i Sierry Casady to muzyka kompletnie „niekoncertowa”, lecz występ  w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim zadaje tej tezie kłam.

Na dobry początek umiejętnie dobrano support w klimacie Cocteau Twins, choć pod względem wokalnym niejakiego Morgana Sorne’a można byłoby określić mianem męskiego odpowiednika Kate Bush (z operowymi naleciałościami włącznie). Zaproponował zgrabny, półgodzinny set, ale – jak się miało okazać – nie pożegnał się na dobre z przyjazną mu publicznością. Choć z pewnością nie każdy zdawał sobie z tego sprawę.

A widownia odegrała tu doprawdy znaczącą rolę, gdyż artyści rzadko spotykają się z aż tak przychylnym nastawieniem ze strony słuchających. Aczkolwiek przełożyło się to na zaledwie dwuutoworowy bis (Child Bride, We Are On Fire). Zanim nastąpił, było naprawdę gorąco. Wręcz duszno, więc chwilowe otwarcie dachu – które połączyło set podstawowy z „dodatkiem” – dosłownie oczyściło atmosferę, choć wielu osobom z pewnością musiało zrobić się zimno. Nie była to jednak spontaniczna akcja, gdyż wcześniej organizatorzy wystosowali na ten temat sondę za pośrednictwem facebookowej strony wydarzenia. Tym niemniej do końca wydawało się, że pogoda nie pozwoli na takie fanaberie, więc wspomniana atrakcja była siłą rzeczy niemałą niespodzianką dla uczestników.

Usłyszeliśmy materiał przekrojowy skupiony wokół najnowszego wydawnictwa Heartache City.

W bezpośredniej konfrontacji z CocoRosie można przede wszystkim bardziej docenić specyficzne, zdziecinniałe wokale artystek. Pozostają też oczywiście instrumentalistkami: podczas gdy Sierra obsługiwała klawisze, gitarę i harfę, Bianca ograniczyła się do keyboardu, fletu i perkusjonaliów. Towarzyszył im klawiszowiec (który często brał do rąk trąbkę), a przede wszystkim niesamowity beatbokser Tez o bodaj nieograniczonych możliwościach, który doczekał się pod koniec wieczoru własnej efektownej solówki. Do czwórki muzyków sporadycznie dołączał zamaskowany gość w bieli, czyli Sorne, który wykonywał m.in. wokalne partie Anohni, wcześniej znanej jako Antony Hegarty z Antony And The Johnsons.

Usłyszeliśmy materiał przekrojowy skupiony wokół najnowszego wydawnictwa Heartache City (wpierw utwór tytułowy, w następnej kolejności były to Tim & Tina, Un Beso, Lucky Clover, Forget Me Not, Lost Girls, Big & Black). Pojawiło się wiele fragmentów poprzedniej Tales of a GrassWidow (Tears for Animals, End of Time, Villain oraz Child Bride). Wcześniejsze płyty miały już skromniejszą, bo jedno- lub dwuskładową reprezentację: Grey Oceans (Lemonade, R.I.P. Burn Face), The Adventures of Ghosthorse and Stillborn (Warewolf), La Maison de Mon Reve (Madonna, CandyLand). Do tego usłyszeliśmy także cover Kevina Lyttle Turn Me On oraz dwie singlowe kompozycje: God Has a Voice, She Speaks Through Me i We Are On Fire. Wychodzi zatem, że tylko płyta Noah’s Ark nie doczekała się żadnego reprezentanta. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia przy jednorodnym, hermetycznym charakterze twórczości Amerykanek. Tym bardziej, jeśli obie strony – wykonawcy, jak i słuchacze – bawią się doskonale.